piątek, 29 stycznia 2016

Ustroń - Korbielów. Kronika



MAPKA USTROŃ - PRZYSŁOP

MAPKA PRZYSŁOP - KORBIELÓW

Pomysł na wędrówkę zasadniczo był prosty. Rozpocząć pokonywanie Głównego Szlaku Beskidzkiego od strony zachodniej (w Ustroniu, zgodnie z chronologią jego wyznakowania) i w ciągu tygodnia przejść bliżej nieokreślony dystans. Hasło przewodnie brzmiało: „BEZ POŚPIECHU”.
Przyjęcie takiego założenia podyktowane było kilkoma względami. Przede wszystkim nie dawał spokoju stan naszej kondycji. Życie mieszczucha przemieszczającego się wyłącznie samochodem rozmiękczyło przez ostatnie pół roku mnie i moją lepszą połówkę zupełnie. Pojedyncze wypady w góry były tylko krótkimi przerywnikami w leniwej rozpuście, jaka nas w tym czasie dopadła. Przejście czerwonego miało być przełamaniem, nowym początkiem i powrotem do dobrych nawyków. Zbytni pośpiech mógłby nas zniechęcić. Poza tym była to nasza pierwsza od wielu lat wędrówka kilkudniowa i lekkie obawy, że porywamy się z motyką na słońce dały o sobie znać.
Postanowiliśmy więc – dla zaspokojenia naszej próżności – że wytłumaczeniem żółwiego tempa tej wędrówki będzie chęć pełnego nacieszenia się górami i spokojnego wchłaniania ich klimatu, bez spoglądania na zegarek i liczenia kilometrów. Tak też się stało.
Na starcie w Ustroniu zameldowaliśmy się tuż przed 11 rano, po około sześciogodzinnej podróży z Niepołomic via Kraków i Katowice. Pomyśleć, że w tym czasie moglibyśmy dolecieć na drugi koniec Europy. Nasze PKP apogeum świetności mają jednak dawno już za sobą, stąd przejazd około 90 kilometrów z Katowic do Ustronia trwa przeszło 3 godziny. Szybkie przeliczenie średniej prędkości pozbawiło jakichkolwiek złudzeń co do przyszłości naszych kolei. Polskie pociągi mogą konkurować jedynie z XVIII wiecznym dyliżansem. A może PKP stając frontem do klienta dostosowało się w ten sposób do hasła przewodniego naszej wędrówki?
Tak czy inaczej zdjęcie niepozornego szlakowskazu z biało-czerwonym kółkiem oznaczającym początek Głównego Szlaku Beskidzkiego, zapisało się - w pamięci aparatu i naszej - 20 maja 2012 r. o godzinie 10:49. Dla nas chwila wyjątkowa, bo wyznaczająca początek przygody i obietnicę wypełnienia jednego z ważniejszych dla nas górskich zamierzeń. Przejście najdłuższego w Polsce szlaku pieszego stało się od tego momentu priorytetem. Rękawica została rzucona.



Historia zaczęła się w Ustroniu.
fot. Autor



Znaki czerwone pojawiły się na stacji PKP w Ustroniu 88 lat wcześniej, za sprawą Władysława Midowicza i Jana Merty – działaczy Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Rozpoczął się w ten sposób proces tworzenia dzieła wyjątkowego. Szlaku, który łączyć miał wszystkie najważniejsze grupy górskie polskich Beskidów w jedną całość. Szlaku, który organizować miał ruch turystyczny na przestrzeni blisko 750 kilometrów, pomiędzy Beskidem Śląskim a Czarnohorą. Szlaku, który stać się miał najważniejszym dziełem polskich organizacji turystycznych. Jego wyznakowanie trwało 11 lat i zakończyło się w czerwcu 1935 roku nadaniem mu oficjalnej nazwy Głównego Szlaku Karpackiego im. Józefa Piłsudskiego. Świadomi historycznego znaczenia tej ścieżki i tysięcy stóp które deptały ją przed nami, ruszamy w głąb Beskidu Śląskiego.
Pierwszy odcinek czerwonego może być dla niektórych rozczarowujący. Zawiodą się ci, którzy liczą na spokój i ciszę górskich pustaci i leśnych ostępów. Po przekroczeniu Wisły trzeba przemaszerować przez malownicze, ale jednak ruchliwe miasto, przyciągające turystów, zwłaszcza w takie ciepłe niedzielne przedpołudnie. Potem męczące podejście szerokim duktem pośród gromady spacerowiczów do schroniska PTTK Na Równicy. Po drodze jedno miejsce godne zapamiętania. Pamiątka po ołtarzu ewangelickim ustawionym w tym lesie jeszcze w XVII wieku. Przypomnienie, że wolność wyznania nie zawsze panowała na tych ziemiach.

Schronisko pod Równicą
fot. Autor


W najbliższym otoczeniu schroniska przynajmniej setka ludzi nie mających wiele wspólnego z górskim wędrowaniem. Większość dojechała tutaj asfaltową drogą z Polany, na niedzielny obiad w pobliskich restauracjach. Od czegoś takiego uciekamy wychodząc w góry. Teraz też musieliśmy ratować się ucieczką, schodząc czym prędzej dół. Z całym szacunkiem dla tego miejsca, ale straciło ono charakter górskiego schroniska w momencie, gdy wyasfaltowano całe jego otoczenie i wpuszczono tu samochody. Obok wybudowano tor saneczkowy i park linowy, a całość stała się miejscem rozrywki dla mieszkańców i kuracjuszy. Tęsknota za tym „schroniskiem” raczej nas nie dopadnie, mimo że architektonicznie niebrzydkie i kawał historii mogłoby zapewne opowiedzieć. Przeglądając ją dochodzi się do wniosku, że już w trakcie budowy, w latach 1927 – 28 cieplej myślano o kuracjuszach i letnikach z Ustronia niż o turystyce kwalifikowanej.
W Polanie znów przekraczamy Wisłę. Jak do tej pory wędrówka zajęła nam 2,5 godziny. U podnóża Czantorii wpadamy z deszczu pod rynnę. Kolejna setka niedzielnych turystów czeka na wyjazd wyciągiem na górę. Ich widok nie daje nadziei, że na szczycie będzie spokojnie. Gdy docieramy do Polany Stokłosica, przy górnej stacji wyciągu nasze obawy całkowicie się potwierdzają. To najwyraźniej także ulubione miejsce rodzinnych wypadów za miasto. Hałas i tłok rekompensuje częściowo wspaniały widok na masyw Równicy i Ustroń posadowiony u wylotu doliny Wisły. Widać stad doskonale miejsce, w którym Wisła opuszcza Beskidy, wypływając na równiny Pogórza Cieszyńskiego.
Wisła opuszcza Karpaty
fot. Autor


Dalej włączamy się w nieprzerwany strumień kolorowej gawiedzi, sunącej w kierunku szczytu Wielkiej Czantorii, aby podziwiać panoramę z wieży widokowej postawionej tam przez braci Czechów, zaopatrzonej dodatkowo w niezbyt gustowny bufet.  Dajemy się ponieść temu tłumowi, bo i wyjścia innego nie widzimy. Amatorów czeskiego piwa jest tak wielu, że ruch na tej ścieżce będzie zapewne do samego wieczora. Poza tym, czeskie piwo nie jest takie złe...
Na Czantorii przerwa na obiad i serie panoramek ze szczytu wieży. Pojawia się nadzieja na nieco spokoju, bo widzimy, że większość turystów zaczyna schodzić z powrotem do Ustronia. Nasze plany zakładają kierunek wręcz przeciwny. Dzisiejszy cel to schronisko Na Soszowie, oddalone o ok. 5 km na południe.
Pokonanie tego dystansu zajmuje nam dokładnie dwie godziny, co pokazuje, że hasło „Bez pośpiechu” wzięliśmy sobie głęboko do serca. Biorąc pod uwagę, że większość tego odcinka prowadzi w dół do Przełęczy Beskidek, nasze tempo okazuje się ślimacze. Po drodze łyk piwa w knajpce, która raptem zmaterializowała się przy szlaku i konkluzja o zbyt gęstym zagospodarowaniu tych gór przez ślązaków. W takich warunkach naprawdę ciężko jest wędrować. Gdy na każdym kroku czai się bufet lub bar, zmęczony wędrowiec musi co rusz wykazywać się wyjątkową siłą woli. Gdy z upływem kilometrów plecak coraz cięższy, trudno oprzeć się pokusie odpoczynku w cieniu ogródkowych parasoli, nad kilkoma łykami zimnego, lekko gorzkawego orzeźwienia.
Wcale się nie opieramy…
Do schroniska „Na Soszowie” docieramy po godzinie 17, a długi majowy dzień pozwala jeszcze na wieczorny rekonesans po okolicy. W pobliże dochodzą z dolin dwa wyciągi narciarskie: z Wisły - Jawornik i pobliskiego przysiółka Soszów, nakręcające ruch turystyczny w zimie. Teraz jest pusto i w końcu możemy nacieszyć się spokojem. Dopiero tutaj zaczniemy prawdziwe, górskie wędrowanie. Samo schronisko bardzo „klimatyczne”. Widać, że starym, drewnianym budynkiem – wybudowanym w roku 1932 - opiekują się ludzie, dla których góry są całym życiem i nie obce im są potrzeby górskich wędrowców. Zapach drewna i skrzypienie świerkowych podłóg zapowiadają spokojną noc…


Soszów
fot. Autor



Poniedziałek 21 maja budzi nas do życia ciepłem i bezchmurnym niebem. Zapowiada się kolejny, piękny majowy dzień. A skoro to poniedziałek, mamy nadzieję na nieco mniejszy ruch turystyczny. W końcu górskie wędrowanie to dla większości z nas weekendowa domena. I tak jest w istocie. Na szlaku pusto. Od 8 rano idziemy wzdłuż Czeskiej granicy zupełnie sami, podchodząc kolejno na Soszów Wielki, Stożek Mały i Wielki Stożek. Z grzbietu Soszowa szeroka panorama na północny – wschód i wschód, na dolinę Wisły i większość Beskidu Śląskiego od Klimczoka przez Skrzyczne i Baranią Górę. Szkoda, że nie znaleźliśmy się tutaj wieczorem, bo mocne już słońce uniemożliwiło zrobienie dobrych zdjęć. Na Soszowie uświadamiam sobie, że poza naszym czerwonym prowadzi tędy także czeski szlak znakowany na niebiesko. Od Czantorii natomiast towarzyszą nam wyłącznie szlakowskazy czeskie, zarówno niebieskie jak i czerwone. Prawdopodobnie aby nie mnożyć oznaczeń, na tym odcinku granicy doszło do swoistej symbiozy między sąsiadami i szlak czerwony stał się tutaj dobrem wspólnym. Podejście godne pochwały, zwłaszcza, że nie przeszkadza to w orientacji zupełnie. Polskie tablice na Wielkim Stożku i Kiczorach nie pozostawiają wątpliwości. Między Małym i Wielkim Stożkiem inny świadek wspólnej historii, tym razem tej tragicznej. Słupek graniczny z wyrytym rokiem 1920 przypomina o wojnie między Polską a Czechosłowacją jaka toczyła się od stycznia 1919 roku o ziemie Śląska Cieszyńskiego. Wojska czechosłowackie łamiąc postanowienia traktatu wersalskiego i wykorzystując słabość tworzących się dopiero polskich struktur państwowych, dokonały zbrojnej aneksji tych terenów. Czesi zajęli wówczas prawie cały Beskid Śląski, prawie po linię Skoczów – Żywiec. W ich rękach znalazły się między innymi Cieszyn, Karwina, Jabłonków i Ustroń. Równocześnie nasi sąsiedzi wdarli się na południową Orawę aż po Jabłonkę. Granica, którą teraz wędrujemy została narzucona Polsce 28 lipca 1920 roku przez  Wielką Brytanię i Francję. Licząc na pomoc w obliczu decydujących wydarzeń na froncie bolszewickim, rząd polski zgodził się na jej przebieg, tracąc większość spornych obszarów Śląska, Orawy i Spisza. Jak widać nie tylko Niemcy i Rosjanie dobierali się nam do skóry. Dojście na Wielki Stożek zabiera nam ok. 1:20 h i kończy się krótkim, lecz dosyć mocnym podejściem. Na szczycie jedno z ładniejszych schronisk, jakie przyszło mi odkryć w swoich wędrówkach.

Najstarsze na szlaku - Schronisko Stożek
fot. Autor
Jakoś tak jest, że stara drewniana architektura (nawet po współczesnych przeróbkach) celniej trafia w nasze gusta i zdecydowanie lepiej komponuje się z beskidzkim krajobrazem, niż nowości. Jest jakby bardziej przyjazna i „cieplejsza”, a świadomość czasu, którego była świadkiem, znakomicie pobudza wyobraźnię. Budowę obiektu na Stożku ukończono w lipcu 1922 r., co daje mu miano najstarszego polskiego schroniska w Beskidzie Śląskim. Mało tego! Wśród schronisk, które w polskich Beskidach oparły się czasowi i historycznym zawieruchom, jest drugim pod względem stażu po Markowych Szczawinach. A jako że Markowe Szczawiny od 2009 roku są już zupełnie nowe, schronisko na Stożku można w zasadzie uznać za najstarsze w Beskidzie. Czapki z głów…!
Schodząc ze Stożka nie przypuszczałem, że kolejny raz będę chylić czoła już za parę minut. Jeszcze przed Kyrkawicą spotkaliśmy na szlaku człowieka, który w ciąg kilku minut opowiedział mi całą epopeję o istocie wędrowania i pokonywaniu własnych słabości. A uczynił to prawie bez słów. Wiemy tyle, że przywędrował niebieskim z Jablunkova po czeskiej stronie i po herbatce na Stożku wracał z powrotem. Z grubsza ok. 9 km. Resztę niech opowie poniższe zdjęcie…



Po 2,5 godzinie od wyjścia ze schroniska Na Soszowie docieramy do kulminacji Kiczory (885m), kończąc w ten sposób przejście drugiego beskidzkiego grzbietu na trasie czerwonego. Z wierzchołka piękne widoczki na masyw Baraniej Góry i Skrzycznego. Poza czerwonym, odchodzą stąd szlaki zielony i żółty, sprowadzające nas w okolice wzniesienia o wdzięcznej nazwie Sałasz Dupne i okolice Istebnej. Od tego miejsca znowu zaczynamy schodzić w dolinę Wisły, tym razem od zachodu.
W samo południe meldujemy się na Przełęczy Kubalonka, gdzie odnajdujemy sklep, bar, budkę z pamiątkami, przynajmniej jedną restaurację i ruchliwą drogę. Widać, że miejsce to w sezonie turystycznym tętni życiem. Zwłaszcza zimą, gdy przyciągać muszą tutejsze trasy dla narciarzy biegowych. Zresztą jak zdołaliśmy się już przekonać, tras zjazdowych także w tych okolicach nie brakuje.
Po drodze do schroniska Na Przysłopie przyciągają uwagę jeszcze dwa miejsca. Malownicze skałki w Lesie Beskidek u podnóża niewielkiego wzniesienia Szarcula, zwane Dorkowa Skała oraz drewniana kaplica – kościółek na osiedlu Stecówka.  Kościółek ciekawy, bo kryty w całości gontem (łącznie ze ścianami), dzięki czemu sprawia wrażenie jakby stał tutaj od wieków. Tymczasem okazuje się, że zbudowano go w połowie lat pięćdziesiątych wieku ubiegłego.
Całość tego odcinka szlaku łagodna, z niewielkimi przewyższeniami. Tylko przed samą polaną Przysłop krótkie podejście na drogę prowadzącą pod schronisko. Docieramy do niego o szesnastej trzydzieści. Docieramy… i stajemy w osłupieniu.
Nie wiem kto projektował ten budynek, ale wygląda to tak, jakby zanosząc swoje rysunki do PTTK pomylił teczki i przyniósł projekt domu wczasowego w Ciechocinku. A że był to chyba poniedziałek tuż po niedzielnych imieninach u cioci, jakiś niezbyt dzisiejszy działacz przybił pieczątkę i tak oto zaakceptował budowę najmniej górskiego schroniska w Polsce. Przygnębienie potęguje ogólny nieporządek w otoczeniu i we wnętrzach tego gmachu. Widać, że dawno nie przeprowadzano tu nawet bieżących napraw, nie mówiąc już o remontach. Zacieki na ścianach, łuszcząca się farba, niedomykające się okna i drzwi, przeciekające zlewy i koślawe krzesła, na których całym ciężarem lepiej nie siadać. Jakby komuna wróciła. Wcale nie trzeba być miłośnikiem historii, aby spostrzec, że postawiony był w okresie socjalistycznego „dobrobytu” lat siedemdziesiątych (budowę kończono w roku 1979). Nie trudno też sobie wyobrazić, że na początku prezentował się okazale. Zapewne założeniem było postawienie w sercu śląskich gór domu wczasowego dla zasłużonych w walce o lepszą socjalistyczną przyszłość. Pomysł się sprawdzał dopóki dotowany był sztucznie. Kiedy dotacje się skończyły  zaczął popadać w ruinę i taki stan trwa do dzisiaj (rok 2012). Podobnie toczyły się losy wielu obiektów turystycznych budowanych w tamtym czasie, jednak większość z nich „odżyła” po przejściu w prywatne ręce w latach dziewięćdziesiątych. Schronisko na Przysłopie nie miało tyle szczęścia. Wygląda na to, że albo ruch turystyczny jest tu za mały, aby go w należytym stanie utrzymać, albo brakuje gospodarza, który postawiłby to miejsce na nogi. I piję tutaj nie do dzierżawcy, lecz do właściciela. Szkoda, bo samo miejsce urokliwe, a i bliskość szczytu Baraniej Góry powinny zachęcać turystów do odwiedzin.

"Dom wczasowy" Przysłop
fot. Autor



Przez chwilę zastanawiamy się nawet, czy nie zrezygnować z tego noclegu i powędrować dalej do Węgierskiej Górki. Jesteśmy jednak zbyt leniwi, żeby podjąć taki wysiłek. Zostajemy.
Dla osłody pozostaje nam widok niewielkiego, drewnianego budynku, który przycupnął nieopodal betonowego sąsiada, jakby się go bał. Chyba dla kontrastu wygląda jak z bajki. Wymuskana, pieczołowicie odnowiona chatka, mieści ekspozycję Muzeum Turystyki Beskidu Śląskiego.

fot. Autor


Jeszcze jedno spostrzeżenie na dziś. Zegar na zdjęciach z tego dnia pokazuje, że opuściliśmy Soszów ok. godziny ósmej rano. Prosty rachunek wskazuje więc, że dzisiejsza wędrówka zajęła nam osiem godzin z małym plusem. Nawet najmniej optymistyczne mapy wskazują, że ta część Głównego Szlak Beskidzkiego ma najwyżej 17,5 kilometra długości. Wychodzi więc na to, że nasza średnia prędkość wyniosła w tym dniu 2,06 km/h. PKP przy nas to demon prędkości. Zdajemy sobie sprawę, że wlokąc się w tym tempie kalamy dobre imię tego szlaku i nie zasługujemy na nic innego, jak potępienie zrzeszenia braci wędrowników. Ale jakoś nic na to nie możemy poradzić, a w zasadzie nie chcemy. Konsekwencja to podstawa, a przecież ustaliliśmy, że idziemy bez pośpiechu, więc będziemy się tego trzymać do końca. Zdajemy sobie jednak w pełni sprawę, że trasę tą można pokonać i dwa razy szybciej. Jeśli jest ku temu powód, ma się rozumieć.
Rankiem następnego dnia budzimy się z lekkim dygotaniem spowodowanym nieszczelnymi oknami i perspektywą porannych ablucji  w lodowatej wodzie, w lodowato zimnej łazience. Jest i dobra strona tego stanu rzeczy. Zbieramy się stamtąd ekspresowo i już o 6:40 jesteśmy na zewnątrz. Kolejne miejsce za którym nieprędko zatęsknimy. Na pożegnanie schronisko ujawniło przed nami jedyny detal wart uwagi w jego kanciastej, betonowej bryle. Rzeźbiona w drewnie róża wiatrów z logo PTTK dodaje jej nieco ciepła, którego poza tym zupełnie brakuje. Nie tylko fizycznie.
Wychodzimy w górę przez polanę Przysłop i obok wyciągu orczykowego docieramy do lasu. W jego obrębie, według przewodników tuż przy szlaku, wykapy źródliskowe Czarnej Wisełki. Wierzymy na słowo, że tam są, lecz jakoś nie kusi nas żeby ich szukać. Brniemy dalej pod górę i zatrzymujemy się dopiero ok. godziny po wyjściu, na wierzchołku Baraniej. Z początku zafascynowani widokiem rozpościerającym się na cały południowo - wschodni widnokrąg, rozpoznajemy kolejne szczyty na horyzoncie: Romankę, Pilsko i Babią Górę. Patrząc w dół widzimy zejście całego masywu do doliny Soły. Dopiero wtedy dostrzegamy czemu zawdzięczamy tak rozległy widok. Całe południowo – wschodnie zbocze jest w zasadzie nagie. Jakby ktoś jednym ruchem zerwał cały rosnący tam las pozostawiając jedynie uschnięte kikuty. Wygląda jak krajobraz po wielkim pożarze, ale zdaję sobie sprawę, że to nie ogień dokonał tego zniszczenia. Bór świerkowy powalony został przez zsynchronizowany atak trzech jego odwiecznych wrogów: człowieka, kornika i wiatr.



Tu był las...


Szczegóły tego procesu znane są botanikom i leśnikom od lat i od lat trwają starania aby go wyhamować. W całych Beskidach Barania Góra jest najbardziej drastycznym przykładem jego przebiegu. Pozostaje nam mieć nadzieję, że leśnicy wiedzą co robią i zapobiegną takim katastrofom w innych częściach naszych gór. (Po szczegóły zapraszam do lektury osobnego artykułu Bór górnoreglowy - Schyłek dominacji świerka). Nie wiem kiedy dokonało się to dzieła zniszczenia, ale późniejsza lektura jednego z przewodników wydanego w 2007 roku wskazuje, że wtedy jeszcze wszystko było ok.
Po tej przygnębiającej konstatacji wdrapujemy się jeszcze na wieżę widokową, która stoi tu ponoć od 1991 roku i pokazuje 360–stopniową panoramę wokół szczytu. I rzeczywiście. Na południe
widać prawie cały Beskid Żywiecki, przynajmniej od okolic Przełęczy Ujsolskiej do Pasma Policy, a na północ cały Beskid Śląski od Pasma Błatniej i Klimczoka przez Skrzyczne, oraz Beskid mały na północ od Żywca. Po raz kolejny poranne słońce ogranicza nam nieco widoczność, gdyż przy innym naświetleniu wyłaniają się ponoć na ostatnim planie Tatry i Mała Fatra. No cóż. Nie chcą się pokazać? To bez łaski. W końcu dla nas najważniejsze są Beskidy.


Barania Góra - wieża widokowa
fot. D. Patraj

Opuszczamy Baranią Górę parę minut po ósmej i jeszcze przez prawie godzinę przyjdzie nam przemierzać cmentarzysko dorodnego niegdyś boru świerkowego. Dopiero gdzieś w okolicy Magurki Radziechowskiej teren zaczyna się stopniowo zalesiać, początkowo jodłowym młodnikiem, wreszcie świerczyną. W międzyczasie na Magurce Wiślańskiej rozgałęzienie grzbietów. W lewo, za znakami zielonymi prawie ośmiokilometrowy wał Skrzycznego. Główny Szlak Beskidzki odchodzi w prawo grzbietem na wschód, przez obie Magurki i Glinne, doprowadzając do Wegierskiej Górki. I my tam w końcu docieramy, przekraczając ok. 12:30 nowiutką kładkę na Sole, wyznaczającą granicę pomiędzy Beskidami Śląskim i Żywieckim.
Pora niby wczesna i jakby się uparł, można by jeszcze pociągnąć parę godzin po szlaku i spróbować dotrzeć przed wieczorem do Schroniska na Rysiance. Ale trzeba by drałować jakieś 15 – 16 kilometrów, czyli drugie tyle co dotychczas. Nie chce nam się. Nogi bolą, w brzuchu burczy, a obiadowe zapachy rozchodzą się z okolicznych domów. Chmielowe zaś z okolicznych barów. Poza tym konsekwentnie realizujemy swój plan. Miało być powoli z noclegiem w Węgierskiej Górce, to będzie.



Brama Beskidu Żywieckiego
fot.Autor


Pakujemy się na najbliższą wolną kwaterę i zaczynamy popołudniowe rozeznanie okolicy. Miasteczko niewielkie, ale i tutaj dotarły dotacje unijne, które miejscowi włodarze zamienili na nowiutki bulwar spacerowy na Sołą. Kilka sklepów, stacja benzynowa, hala sportowa i osiedle domów jednorodzinnych nad brzegiem Soły. Atrakcją okolicy jest system betonowych fortyfikacji, zbudowanych w lecie 1939 roku, w celu powstrzymania ewentualnego natarcia wojsk niemieckich wzdłuż doliny. Nie schodząc z czerwonego można zobaczyć trzy z nich. Bunkry „Waligóra” tuż przed  dojściem do lewego brzegu Soły, „Wędrowiec” przy drodze na Żabnicę, oraz „Wyrwidąb” na wzgórzach między Żabnicą a Cięciną. W obiegowej opinii, walki o obronę Węgierskiej Górki w dniach 2-3 września 1939 roku zyskały miano Westerplatte południa. Kompleks składał się z pięciu niewielkich bunkrów, w których siedemdziesięcioosobowa załoga polskich obrońców miała powstrzymać atak całej niemieckiej dywizji przez ok. 24 godziny. Bilans walk był zdecydowanie niekorzystny dla Niemców. Zginęło ich ok. 200, a rannych zostało ok. 300. Polacy stracili 17 ludzi (7 zabitych i 10 rannych)
[1].
Kiedy przyglądam się takim miejscom pamięci walk, z jakże tragicznego dla Polski września, nachodzi mnie nieodparcie myśli, której upublicznienie zapewne nie przysporzy mi zwolenników. Chodzi o to, że nazbyt często gloryfikuje się w naszej historii wydarzenia wrześniowe, które bynajmniej zwycięstwem nie były. Okazują się co najwyżej desperacką próbą wyrwania się spod niemieckiego miecza nieuchronnie spadającego na nasze głowy. Próbą pełną bohaterstwa i męczeństwa, ale jednak beznadziejną. Nie tyle w obliczu przewagi wroga, ile obliczu karygodnych zaniedbań ludzi, którzy mieli nas do tej wojny przygotować. Cała Polska usiana jest miejscami podobnymi do Węgierskiej Górki, gdzie garstka źle uzbrojonych obrońców musiała stawiać czoła wielokrotnie silniejszym oddziałom wermachtu (tutaj 70 obrońców walczyło przeciwko ok. 17 tysiącom atakującym).


Bunkier "Wyrwidąb" nad Żabnicą.
fot. Autor


Słusznie wychwala się bohaterstwo polskiego żołnierza, ale jednocześnie zapomina o haniebnym wręcz braku przygotowania do wojny całej polskiej armii. Świadczy o tym choćby sam fakt istnienia takich miejsc jak Westerplatte czy Węgierska Górka, gdzie Polacy musieli oddawać życie bez nadziei na zwycięstwo, otoczeni zewsząd przez wroga. Uczymy dzieci, że bohatersko broniliśmy wolności przez blisko 4 tygodnie. Uczmy je, że nasi ojcowie musieli bohatersko oddawać życie w desperackich atakach z szabelkami na czołgi, albo pistoletami na samoloty. Pokażmy im liczby porównujące stan naszego i niemieckiego uzbrojenia, aby mogły przynajmniej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ich przodkowie musieli przegrać. Pokażmy im twarze z naszego naczelnego dowództwa i ówczesnego rządu, aby mogły powiedzieć, komu to zawdzięczamy.
No dobra. Trochę za daleko wyjechałem za margines. Wróćmy do rzeczy.
Kolejny dzień górskiej przygody przywitał nas tak samo słonecznie, jak poprzednie. Majowa aura i tym razem potwierdziła swoją stabilność na przyzwoitym, ciepłym i bezwietrznym poziomie. Wychodzimy parę minut po ósmej. Powoli wleczemy się asfaltówką na Żabnicę, zostawiając po prawej nieszczęsnego „Wędrowca” z nadzieją, że nasza wędrówka zakończy się mniej żałośnie niż jego. Po niecałej godzinie rozpoczynamy niezbyt trudne i niedługie podejście na Abrahamów zostawiając w oddali po lewej kolejnego nieszczęśnika „Wyrwidęba”. Dalej malowniczą drogą nad barwnie nazwanymi osiedlami Fabisie, Ficońka, Abrahamów i Tokarnia, powoli lecz systematycznie nabieramy wysokości. 840 m n.p.m. na kulminacji Słowianka osiągamy ok. 11:30.
I tu spotykamy pierwszych od dwóch dni ludzi. Nie, żeby Węgierska Górka była wyludniona. Chodzi o ludzi na szlaku. Plecakowiczów, trampów, wagabundów takich jak my. Była jeszcze jedna dziewczyna w okolicach Abrahamowa, ale nie miała plecaka i szła boso. Do naszej kategorii zaliczyć jej nie można. Tak więc od Przysłopu szlak był wyłącznie nasz. Teraz będziemy go dzielić z czwórką sympatycznych nieznajomych, o ile mnie pamięć nie myli - z Wałbrzycha. Od jednego nawet dostałem cukierka. Zdarzenie o tyle znamienne, że od tamtej pory zdarza mi się zabierać na wędrówkę paczuszkę „Irysków”. Nasi nowi znajomi mają dokładnie ten sam plan. Przemierzają Główny Szlak Beskidzki z nadzieją na przejście całości, lecz nie spieszą się z tym zbytnio, ciesząc się każdą chwilą wolności na szlaku. Jak więźniowie na przepustce. Dokładnie tak jak my.




"Słowianka"
fot. Autor


Zarówno miejsce, jak i istniejąca tutaj stacja turystyczna „Słowianka” mają w sobie pełno górskiego uroku. Dookoła góry, a oddalenie od ludzkich siedzib zapewnia ciszę i tak upragniony spokój. Nie wiem, od jak dawna działa tutaj stacja turystyczna, ale drewniany budynek raczej nie wygląda młodo i sprawia wrażenie przyjaznego turystyce plecakowej. Wnętrza nie mamy okazji sprawdzić, bo chata akurat jest zamknięta. Widać tylko, że w środku powinien być sklep, sądząc z tablicy na zamkniętych drzwiach. Warto zapamiętać to miejsce i sprawdzić kiedyś jego możliwości, zwłaszcza, że krzyżują się tu trzy szlaki, dając niemałe możliwości wypadowe. Blisko stąd do Węgierskiej Górki, Żabnicy i Milówki, a także trzech schronisk PTTK oddalonych najdalej o 2:30 h marszu. Może kiedyś …
Jeszcze więcej możemy powiedzieć o ostatnim punkcie noclegowym na naszej trasie (to, że będzie ostatnie okazało się dopiero nazajutrz). Też leży na skrzyżowaniu szlaków (pięciu) w zasięgu Ujsołów, Rajczy, Milówki, Węgierskiej Górki, a jak się uprzeć to nawet Żywca. Jeszcze bardziej oddalone od cywilizacji i jeszcze bliżej głównego grzbietu beskidzkiego. Ciekawa, drewniana architektura budynku i dbałość prowadzących je ludzi o zachowanie starego, górskiego „klimatu”. Wręcz idealne miejsce na górskie przytulisko. Jesteśmy zgodni, że w naszym prywatnym rankingu schronisk górskich mocny kandydat do numeru 1. Bezapelacyjnie w pierwszej trójce. Schronisko PTTK na Rysiance.
O ile się nie mylę, to najwyżej położone schronisko w naszych Beskidach. Na szlakowskazie tabliczka z liczbą 1320 m. Dla porównania wysokość Markowych Szczawin to wg ich strony internetowej 1180 m n.p.m. Nie wiem jak to zweryfikować, więc muszę wierzyć danym podanym przez gospodarzy. Spod schroniska otwierają się widoki na zachód i południe.

Trzy Kopce, Pilsko i Babia Góra z Rysianki.
fot. D. Patraj


Po raz pierwszy widzę Pilsko od strony zachodniej. Tylko stąd doskonale widać jego spłaszczony wierzchołek, razem z sąsiednim Skaliskiem. Rzadki jest też dla mnie widok Babiej Góry od tej strony. Oba masywy wydają się bardzo blisko.
Niedaleko (15 min spacerem) znajduje się jeszcze jedno schronisko PTTK - na Hali Lipowskiej. Nasi nowi towarzysze doli zbiegają tam na rekonesans, ale my jakoś nie kwapimy się do pójścia  w ich ślady. Po pierwsze trzeba zostawić jakiś solidny pretekst aby tu kiedyś wrócić, a po drugie odzywają się już u nas różne dolegliwości, które każą przysiąść na zadku i odpoczywać. Tak też robimy i cały wieczór przesiadujemy na ławeczce z pięknymi widokami na góry i kufelek grzańca. Dopóki sen nas nie zmorzył…
Nazajutrz wielkie plany. Zamierzamy dotrzeć na Markowe Szczawiny. Według mapy prawie 32 kilometry i 11 godzin marszu. Siły co prawda mierzyliśmy na zamiary, ale było to przed wyjściem, w zaciszu domowych pieleszy. Liczyliśmy, że cztery dni powolnego dreptania po szlaku przygotują nas odpowiednio do tej próby. I pewnie tak by się stało, gdyby nie dolegliwości, które zabraliśmy ze sobą z domu. Niezaleczone spotęgowały się przez te parę dni i w czwartek rano powiedziały kategoryczne NIE! Mimo to próbujemy i pakujemy manatki wcześnie rano. Przed siódmą jesteśmy już na szlaku. Aura też jakby starała się protestować przeciwko naszym zamiarom, opuszczając chmury poniżej przyzwoitego poziomu i urządzając pokaz z elementami zimna, wilgoci i mgły. Gdzieś pomiędzy Trzema Kopcami, a Halą Cudzichową okazało się, że w apteczce brakuje potrzebnych dzisiaj leków. W odpowiedzi, jako odpowiedzialny za pakowanie, energicznie wyraziłem swoje zdziwienie, ale niewiele to pomogło. Stało się faktem, że prochów nie ma, a bez nich nie zajedziemy daleko. Do czego to doszło!? Żeby nawet po górach chodzić na prochach! O dziewiątej jesteśmy na Hali Miziowej i podejmujemy bolesną, ale jedynie słuszną decyzję. Przerywamy wędrówkę i schodzimy do Korbielowa.
Na pocieszenie podejmujemy też drugą, jedynie słuszną decyzję. Postanawiamy wrócić tu i skończyć to co zaczęliśmy najszybciej jak to będzie możliwe. Uda się dopiero za dwa lata i niestety w składzie okrojonym o połowę. Dalszą część czerwonego przyjdzie mi przemierzać samotnie, ale to już historia na zupełnie inną opowieść…



Rysianka żegna nas słotnie.
fot. Autor

ZOBACZ WIĘCEJ ZDJĘĆ




[1] Mirosław Barański, Beskid Śląski – Przewodnik, Oficyna Wydawnicza Rewasz, Pruszków 2007.




5 komentarzy:

  1. Wreszcie ktoś, kto nie biegnie przez GSB, aby za wszelką cenę zmieścić się w "ustawowych" 21 dniach! :) Dzięki Ci za to wielkie! :) GSB chodzi za mną od wielu lat, w zasadzie odkąd dowiedziałam się o jego istnieniu, zapewne jeszcze w głębokiej podstawówce. Oczywiście przeszłam już wiele jego fragmentów, ale takie przejście od A do Z, a raczej od U do W, nadal pozostaje w strefie planów. Dlatego tym przyjemniej czytało mi się Twoją relację ze spokojnego GSB :) Dowodzi, że można i tak ;)
    Beskidu Śląskiego nie lubię... za dużo ludzi (z czym mieliście okazję się borykać), za dużo wyciągów, za dużo schronisk. Ale już od Żywieckiego im dalej na wschód będzie tylko lepiej :) Tym bardziej z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
    Świetnie piszesz! Byłoby miło, gdyby w kolejnej notce pojawiło się też więcej zdjęć :) Nie tylko schronisk, ale również widoków! :)
    A w razie braku weny zapraszam do lektury, również głównie górskiej na spojrzprzezokno.blog.pl
    Pozdrawiam serdecznie! Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za dobre słowo. Dobrze wiedzieć, że to co piszę do kogoś trafia, i że da się to czytać :)
      Nie wiem czy zauważyłaś, że więcej zdjęć można obejrzeć klikając pomarańczowy link tuż pod czarnym banerem na początku postu, lub w zakładce galeria.
      Przez chwilę pokręciłem się po Twoim blogu i jestem pod wrażeniem. Zazdroszczę wycieczki na Pikuja i kursu na przewodnika beskidzkiego. U mnie na razie w sferze marzeń:) Jak będę miał więcej czasu posiedzę trochę dłużej.

      Usuń
  2. Leszku piszesz na prawdę bardzo ciekawie, masz lekkie pióro i jak widzę dużą wiedzę historyczną co pozwala na bardziej świadome odwiedzanie miejsc o których piszesz:) To wielka przyjemność trafić na Twój blog :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po przeczytaniu Twojej relacji powrocily moje wspomnienia z 2010 roku gdy przechodzilem GSB.... Naprawde swietnie piszesz. Chcialem tylko dodac ze na Slowiance sa przemili wlasciciele i wspaniala turystyczna atmosfera. Warto sie tam przespac. Mam nadzieje ze odwiedziles juz w miedzyczasie schronisko na Lipowskiej, tam jest jedna z najlepszych kuchni na calym GSB (byc moze ciut lepsza jest na Cyrli, chociaz trudno sie zdecydowac ..., obydwa schroniska sa superowe i bardzo czyste).
    Przeczytalem tez druga czesc Twoej wedrowki i jest rowniez bardzo fajnie napisana. Ciesze sie ze ze moglem to przeczytac ... chyba przejde ta droge jeszcze raz.... dzieki za wspomnienia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Lipowskiej będę w maju, jak dobrze pójdzie. I przez Słowiankę też pewnie przejdę, choć raczej spał będę na Rysiance. Zmierzam przedreptać Worek Raczański i Rysianka chyba najbardziej mi podejdzie logistycznie. Ale dziękuję za polecenie.
      Cyrla rzeczywiście jest świetna.
      Dzięki za odwiedziny na blogu !

      Usuń