Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GŁÓWNY SZLAK BESKIDZKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GŁÓWNY SZLAK BESKIDZKI. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 grudnia 2018

Jak nie zdobyłem "czerwonego". Dzień 2.





Przed wyruszeniem w drogę założyliśmy z Pawłem, że na noclegi będziemy wybierać schroniska górskie, bądź inne noclegownie przeznaczone dla turystów łażących po górach. Chodziło o to, żeby cały czas trzymać się górskich klimatów i obracać wśród ludzi najlepiej rozumiejących naszą szajbę i potrzeby z nią związane. Oczywiście, nie zawsze było to możliwe i w kilku miejscach trzeba było zanocować na zwykłych kwaterach. Dało mi to jednak doskonały materiał do przemyśleń, którymi chciałbym się teraz podzielić, a Kremenaros w Ustrzykach Górnych jest doskonałym przykładem na ich zobrazowanie.
W przeciwieństwie do większości obiektów działających pod szyldem PTTK w Kremenarosie udało się przeprowadzić generalny remont, który ucywilizował warunki pobytowe. Wszystko wydaje się nowe, czyste, zadbane, a przy tym proste, funkcjonalne, czyli takie, jakie plecakowicze lubią najbardziej. Pozostawiono zatem charakter górskiego schroniska, ale odnowiono dosłownie wszystko, od instalacji, podłóg, ścian, drzwi i okien, na meblach i pościeli kończąc. Nareszcie w górskiej noclegowni łazienka pachnie, a w kranie jest ciepła woda i to niemal od razu po odkręceniu kurka. Okazuje się, że nawet obiekt oferujący ceny  schroniskowe może pozwolić sobie nie tylko na schludność i elementarny porządek, ale też na odpowiednią modernizację oferowanego standardu.




 Niestety,  większość obiektów PTTK nie może się tym pochwalić, a dobrym kontrprzykładem jest szumnie zwany Hotelem Górskim ośrodek na drugim końcu Ustrzyków. Co z tego, że dywany na podłogach i reprodukcje na ścianach, jak wszystko ocieka starością. Nie tą zabytkową, pachnącą starym drewnem, bejcą i woskiem do podłóg, ale skrzypiącą zdezelowanymi zawiasami, trzaskającą niedomykającymi się drzwiami, wołającą o ratunek pleśnią w łazience i rozpadającymi się łóżkami. Starością, która jęczy niegospodarnością rodem jeszcze z zatęchłej komuny. Niestety, o prawdziwości tych słów można się przekonać w naszych górach o wiele za często, co unaoczniła mi także ta wyprawa.
I jeszcze jedna szczypta soli w tej opowieści. Jeśli wybieramy się w góry w okresie przełomu pomiędzy zimą i wiosną, należy liczyć się z tym, że pokoje, które wynajmiemy w obiektach o standardzie schroniskowym lub nieokreślonym będą miały temperaturę delikatnie mówiąc daleką od komfortowej. Niekiedy nawet może być znacznie zbliżona do panującej za oknem. Najwyraźniej gospodarze uważają, że skoro nie ma już zimy i mrozy nie trzaskają, nie ma też potrzeby tracić pieniędzy na opał. Zwłaszcza, że o tej porze turystów jest zbyt mało, żeby zrekompensować koszty ogrzewania. Jedna lub dwie noce w takim kurniku to jeszcze nie problem. Wystarczy trochę ubrań na grzbiet i coś na rozgrzewkę przed spaniem. Ale kiedy wędruje się z plecakiem przez kilka dni w wilgoci i chłodzie, i prawie każdy z nich kończy się w zimnicy, gdzie nie ma jak wysuszyć ubrań, a ogrzać się można jedynie włażąc pod kołdrę we wszystkim co było w plecaku, to z czasem taka impreza przestaje cieszyć.
Zastrzegam w tym miejscu, że nie wszystkie noclegownie na „czerwonym” odpowiadają temu opisowi, ale nie wymienię ich aby nie być posądzonym o reklamę.


Skoro jesteśmy już przy warunkach pobytowych na szlaku – miała być jedna szczypta soli, a będzie i druga. Gdy tak wspominam popas w Kremenarosie nie mogę odgonić myśli o pewnym marketingowym matactwie, który zmusił mnie do głębszego, niż bym sobie tego życzył, zdrenażowania skromnego przecież turystycznego portfela. Na fali powszechnej mody popijania bursztynowego nektaru, w bez mała każdych fizycznie nadających się do tego okolicznościach, namnożyło się u nas rozmaitych browarów, warzących różnego rodzaju napoje - bardziej lub mniej ów nektar przypominających. Oczywiście, prawie każdy z nich ma wielowiekową tradycję, sięgającą, jeśli już nie średniowiecza, to czasów imć Pana Zagłoby przynajmniej, nawet jeśli założono go wczoraj, na surowym korzeniu. Prawie każdy oferuje kilka gatunków nektaru, zmieniających się lub modyfikujących w zależności od aktualnie panujących wśród nektarowiczów upodobań. Pomijając jakość i sposób ich produkcji, sprawa jest całkiem atrakcyjna, dając szerokie spektrum wyboru alternatyw smakowych już na etapie zakupu. I to się browarnikom chwali. Jednak jakiś czas temu pojawił się u nas nowy gatunek, służący oszukiwaniu mniej dociekliwych oraz irytowaniu bardziej świadomych smakoszy. Nazywa się on różnie, ale mnie najbardziej do gustu przypadła nazwa „piwo na zlecenie”. Sprawa polega na tym, że produkuje się nektar najgorszego sortu, w smaku przypominający popłuczyny z szorowania szaletowej podłogi i oferuje hurtownikom, bądź nawet poszczególnym barom i restauracjom jako produkt bez nazwy, z możliwością dodrukowania etykiety kreowanej według własnego uznania. Niby nic bulwersującego, ale do czego to prowadzi? Ano do tego, że produkt najgorszej przemysłowej jakości oferuje się jako regionalny rarytas, oparty na naturalnych lokalnych składnikach, produkowany w sposób całkowicie ekologiczny i prezentujący wybitne walory smakowe, charakterystyczne wyłącznie dla danego regionu. Przynajmniej takie zalety sugerują – oczywiście nie wprost – informacje zawarte na etykiecie zmówionej przez zleceniodawcę. A wszystko to za cenę godną królewskiego kufla.
Co to znaczy, można się przekonać dobitnie wędrując po bieszczadzkich przybytkach. Mam wrażenie, że tutaj ten wybieg przybrał postać nagminną. W Kremenarosie na ten przykład oferowano taki właśnie napój, którego nazwy nie wymienię, jako jedyny dostępny w ofercie, bo jak tłumaczyła barmanka „chwilowo innego nie dowieźli”. Ponieważ stwierdzenie to przypomniało mi stare, niekoniecznie dobre czasy, rozejrzałem się czujnie i dostrzegłem za barem przeszkloną lodóweczkę pełną innych nektarów. Nie dałem jednak niczego po sobie poznać, chcąc się dowiedzieć w czym rzecz. Zamówiłem więc „jedyny” nektar za „jedyne” 9 złotych i już po pierwszym łyku wiedziałem. Po co sprzedawać dobry jakościowo kupiony drogo produkt skoro można kiepski i tańszy sprzedać znacznie drożej. A przy tym klient będzie myślał, że wypił coś wyjątkowego, można by rzec nawet ekskluzywnego. Czy ktoś będzie dochodził, że te same ścieki można wypić na Helu, tyle że pod marynistyczna etykietą?


Tymczasem przy całkiem smacznym posiłku w dawnym Pulpicie, złożonym z żurku, fasolki po bretońsku i rzeczonego bursztynowego nektaru na zlecenie, otwieram Internet by zapytać o radę pogodynkę. Mówi, że kiepsko to widzi i że zamiast deszczu może zaoferować ewentualnie śnieg, zwłaszcza powyżej 1000 m n.p.m. Ogólnie poza chłodem, wilgocią i pluchą, nic w menu na jutro nie ma. Spoglądam na Pawła i wzruszam ramionami. No cóż. Jak się niema co się lubi…




Trasa Ustrzyki Górne - Smerek
Źródło: Compass


piątek, 14 grudnia 2018

Jak nie zdobyłem "czerwonego". Dzień 1 - Kronika








Kiedy jakiś zamiar zbyt długo odkładany jest w czasie, utykając gdzieś między pomysłem a pierwszym krokiem, zwykle przechodzi w stan podobny do hibernacji. Nie umiera i nigdy na zawsze nie odchodzi, ale przyczaja się gdzieś w zakamarkach świadomości, czekając na swój czas. Może spać całymi latami, a nawet dekadami, nie dając żadnego znaku życia, poza drobnymi, ledwie zauważalnymi drgnięciami powiek w chwilach, gdy myśl zabłąkana z dalekiego świata przemknie wystarczająco blisko. Wtedy na ułamek sekundy przechodzi w czuwanie, żeby sprawdzić czy to aby nie pora wstać. Jak zaspany podróżny w poczekalni dworcowej w reakcji na zapowiedź nadjeżdżającego pociągu. I kiedy nadchodzi ten czas, kiedy już może zbudzić się ze snu i zacząć działać, wtedy zaczynam być szczęśliwy.
Poczekalnia mojej świadomości kryje wielu takich śpiochów. Część jeszcze z czasów, kiedy marzeniami usłane były ulice, a barwy świata nie mieściły się na żadnej palecie barw. Jedną z takich właśnie najdawniej uśpionych potrzeb jest u mnie chęć wędrowania. To dosyć wyjątkowa potrzeba, bo jako jedyna nigdy nie zasypia głęboko. Budzę ją co chwila i nakazuję iść, i spełnić przynajmniej część obietnic, jakimi jest przepełniona. Do najstarszych należy obietnica przewędrowania Głównego Szlaku Beskidzkiego od początku do końca w jednej wędrówce.

Zamiar ten pochodzi jeszcze z końca lat osiemdziesiątych, kiedy to po raz pierwszy zwrócił moją uwagę pewien szlakowskaz przy schronisku pod Turbaczem. Wskazywał on dwa przeciwległe kierunki wędrowania,  informując o trasie nie w godzinach marszu, jak to większość ówczesnych znaków miała w zwyczaju, lecz w kilometrach i to w trzycyfrowych wartościach liczbowych. Na jednym końcu był Ustroń, na drugim Wołosate. Ten obrazek pobudzał moją wyobraźnię przez lata.

I w końcu przyszedł ten czas, kiedy wszystko wkoło ułożyło się w życzliwej konfiguracji i nie pozostało nic innego, jak tylko założyć buty. To, co do tej pory przeszkadzało, nagle zmieniło front i zaczęło pomagać. Praca, rodzina, zdrowie i wszelkie inne okoliczności wykonały ukłon w moją stronę dając zielone światło, sugerując jednocześnie, że druga taka zgodność może się prędko nie powtórzyć.

Nie było wyjścia. Pewnego kwietniowego, słonecznego, aczkolwiek chłodnego poranka zameldowałem się na starcie w Wołosatym z zamiarem przewędrowania 500 kilometrów szlaku czerwonego aż do Ustronia.
Obok mnie stawił się jeszcze „Paweł od gór”, człowiek z którym już od kilku miesięcy przygotowywaliśmy się do tego marszu. Udało nam się wcześniej przedreptać kilka dni po górach we wspólnym towarzystwie, testując swoją wzajemną tolerancję. Wyniki były obiecujące, więc zdecydowaliśmy podołać temu wspólnie, nawzajem napędzając się do działania. Jeszcze przed wyjściem zastanawiałem się, czy taka wędrówka mogłaby dojść do skutku bez odpowiedniego wsparcia? To znaczy, czy wyruszyłbym w taką drogę sam? Lubię wędrować samotnie i czyniłem to już wielokrotnie. Większość mojego wędrowania to borykanie się z samym sobą i zdaje mi się, że radzę sobie z tym nie najgorzej. Ale w tym przypadku sprawa wydawała się zgoła odmienna, a odpowiedź już nie taka prosta. Prawdopodobnie gdyby nie pojawił się Paweł, nie założyłbym plecaka na tak długo. Bo wszystko rozbija się o skalę. Co innego kilkadziesiąt kilometrów w trzy dni, a co innego pięćset w trzy tygodnie. Świadomość czyjejś obecności i wsparcia – jakkolwiek iluzoryczna – jest bardzo istotna. Im trudniejsze wyzwanie, tym bardziej.
Co prawda takie wsparcie może okazać się złudne, ale tego przed wyruszeniem w drogę nie da się zweryfikować. Dopiero beczka soli pokazuje prawdę.





Szlak czerwony Wołosate - Ustrzyki
źródło: Compass


Tak, czy inaczej zjawiliśmy się w Wołosatym przy słupku z czerwoną kropką w Poniedziałek Wielkanocny o 8:30 rano. Muszę przyznać, że byłem w tym miejscu już wiele razy i zawsze wspominam te momenty z przejęciem.  Ale nigdy jeszcze nie czułem takich emocji jak teraz. Zmysły miałem wyostrzone jak rzadko, widać adrenalina wreszcie zabrała się do dzieła. Chyba właśnie zacząłem zdawać sobie sprawę z tego co mnie czeka.
A czekało wiele. Główny Szlak Beskidzki wije się najwyższymi grzbietami naszych Beskidów na przestrzeni między Bieszczadami a Śląskiem, ścieżką długości około 500 kilometrów. Przemierza prawie wszystko, co najcenniejsze w tych górach, odkrywając miejsca najciekawsze - zarówno geograficznie, jak i historycznie. Dla świadomego turysty to nieprzebrana skarbnica doznań estetycznych i poznawczych, ale też doskonały sprawdzian możliwości i ograniczeń fizycznych. Wrażeń zatem z pewnością nie zabraknie.




Początek...
fot. Dorota P.



piątek, 16 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.3






Widok na Dorotkę, Tomka, Zdzicha i... Howerlę spod Rebry.(Howerla w tle ponad Tomkiem J)
fot. Autor


 
Wędrujemy tak już dobrych parę godzin, a ja ciągle nie mogę nacieszyć się widokami. Czuje się trochę jak wtedy, gdy jako dzieciak wpuszczony zostałem po raz pierwszy do działu z zabawkami krakowskiego Pewexu. Kto pamięta tamte szare czasy lat osiemdziesiątych, ten wie o czym mówię. Tak jak wtedy rozglądam się teraz wokoło i na co nie spojrzę, chciałbym to mieć.
Tak dalece zachwyciłem się widokiem najwyższych Czarnohorskich szczytów, że zapomniałem o miejscu, które koniecznie chciałem zobaczyć. Na dzisiejszych mapach nosi nazwę „Ramena”, a ja bardziej kojarzę wdzięczne huculskie określenie „Szpyci”. To niezwykle malownicza grupa skał w postaci ostrych postrzępionych szpikulców sterczących z bocznego grzbietu odchodzącego na północny-wschód na Maryszewską (1564 m). Od głównej grani rzut beretem, jakieś pół kilometra zielonym szlakiem w kierunku Bystreca. Dokładnie przy słupku granicznym nr 30 w prawo. Formacja może i niezbyt rozległa, ale na tyle spektakularna widokowo, że wspominają o niej wszystkie przedwojenne i współczesne przewodniki po Czarnohorze, jako o lokalnej atrakcji turystycznej. No i znowu wątek historyczny. To właśnie u stóp Szpyci wiódł wspominany już przeze mnie pierwszy Polski znakowany szlak turystyczny z Bystreca na Połoninę Gadżyna.


Link do tekstu "SZLAKIEM PRZEZ CZAS"
Fragment formacji skalnej na Szpyci.
fot. Snowboris, źródło: wikimapia.org

piątek, 9 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.2

 

Za nami najtrudniejsza, część wędrówki. Dotarliśmy z Dzembronii do przełęczy 1763 m, która otwiera dostęp do największych czarnohorskich skarbów. Głowny grzbiet jest już na wyciągnięcie ręki.
A dla zmęczonych nocnymi Polaków rozmowami, wcale nie była to kaszka z mleczkiem. Podchodzenie z doliny na grzbiet w każdych górach przysparza trudności, jednak tutaj, w Czarnohorze jest wyjątkowe. Rozległość tego terenu i jego ukształtowanie sprawiają, że pokonywać trzeba duże odległości przy sporym nachyleniu. Duże przewyższenia powodują, że kilkugodzinne, nieprzerwane wznoszenie się jest normą. Nam zajmuje to grubo ponad cztery godziny i kosztuje mnóstwo sił.
Na przełęczy kilka namiotów rozbitych tuż przy żółtym szlaku na Smotrycz. Podpowiadają, że można by właśnie tu założyć bazę, ale nasza grupa mija je obojętnie. To samo wołają namioty rozstawione jakieś sto metrów poniżej przy ruinach schroniska i szlakowskaz informujący, że znajduje się tam źródło wody. Mimo to nieugięcie brniemy dalej. Kierujemy się na główną grań, która jeszcze jakieś 700 metrów przed nami. Ignorujemy nawet głos rozsądku rozbudzony basowymi tonami burzy krążącej nad Popem Iwanem. Zdaje się, że chcieliśmy nadrobić stracony wczoraj czas, i pewnie pchała nas do przodu ciekawość. Trudno stwierdzić jednoznacznie. Pewne jest, że odrzuciliśmy szansę noclegu w jedynym w miarę bezpiecznym miejscu. Poszliśmy z całymi manelami w górę, prosto w burzę.
Główny grzbiet Czarnohory i burza nad Popem Iwanem.
fot. Dorota R.
 

piątek, 2 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.1




Jak zakręcone potrafią być nasze drogi przekonywałem się już wielokrotnie. Wielki szyderca kręci karuzelą zdarzeń  tak, żebyśmy nijak nie mogli dociec skąd, dokąd i dlaczego nas wiodą. Tym razem okazało się, że aby spełnić swoje marzenie o Czarnohorze, trzeba mi  było wylądować na drugim końcu świata, jakieś 6 tysięcy kilometrów od domu. Trzeba mi było najpierw spełnić marzenie Doroty o dalekim oriencie, aby mogło zacząć kiełkować moje.
To była wspaniała podróż i wiele by można o niej napisać. Ale to co najważniejsze dla tej opowieści o górach to spotkanie człowieka, którego plany otworzyły mi drogę w Czarnohorę. Dawno uśpiony zamiar odkrycia wschodnio-beskidzkich szlaków, odkładany z roku na rok na odpowiedniejszy czas, obudził się i rozpalił od prostego, klarownego planu kogoś zupełnie do tej pory mi obcego. To on zasiał ziarno niepokoju podczas pogawędek przy rumie w autokarze unoszącym nas w krainę Maharadżów.
A imię jego Zdzichu ze Zdzieszowic.




Zdzichu (z Gulaszem) na Howerli
fot. Autor


A jego plan był prosty i konkretny. Spotykamy się za pół roku na dworcu autobusowym w Krakowie i rozpoczynamy przygodę. Miało to być 14 sierpnia 2018 roku.

I tak też się stało. Tego sierpniowego popołudnia przy autobusie relacji Poznań – Czerniowce spotkała się 11 osobowa grupa plecakowiczów gotowych podjąć trudy i znoje wspólnego wędrowania. Zdzichu, Artur i Janusz ze Zdzieszowic (lub okolic), Piotrek z Radomia (lub okolic), Ewka, Dorotka i Tomek z Krakowa, jednoosobowa reprezentacja Czech w osobie Mira z Brna (lub okolic), no i Niepołomice w składzie: moja lepsza połówka Dorota , przyjaciółka Kinga  i ja.
W zasadzie nie wiedzieliśmy o nich nic. Z całej gromady znaliśmy tylko Zdzicha, z którego opowieści wynikało, że reszta spotykała się już na szlaku niejednokrotnie. Mimowolnie ustawiliśmy się więc w roli gości zaproszonych do zżytego już grona i z ciekawością – żeby nie powiedzieć obawą - czekaliśmy jak to się wszystko potoczy.  
Już pierwsze minuty pokazały, że to ludzie z innej planety. Kosmici, dla których liczą się sprawy obce ziemianom. Powszechne w naszym świecie egocentryzm i arogancja nie przyleciały razem z nimi. Pozerstwo i silenie się na oryginalność jest im tak dalekie jak dla nas życie na Marsie. Wystarczyło wymienić kilka zdań, by wiedzieć, że dla nich wędrowanie to wspólnota. Wyczuć się dało, że równie usilnie jak my szukają szlaków, gdzie liczy się braterstwo drogi i wspólne przeżywanie wszystkiego, co ze sobą niesie. Poczucie humoru i dystans do siebie jest normą, nie wyjątkiem. Takie były nasze pierwsze wrażenia, które w miarę pokonywanych kilometrów przeradzały się powoli w pewność. Po godzinie jazdy w takiej komitywie wydało mi się jakbym i ja znalazł się na innej planecie. Stara, smutna i szara Ziemia zostawała za tylną szybą autobusu, a nowa – nieznana i kolorowa planeta  – wyłaniała się zza horyzontu przed nami. Orbita Czarnohory z każdą minutą wciągała mnie coraz bardziej. Lepszego początku wyprawy nie mogłem się spodziewać.
 
Kosmici z planety Czarnohora
fot. Ewa
 

czwartek, 5 stycznia 2017

Iwonicz - Smerek. Kronika cz. 2






Środa 12 sierpnia 2015 roku była kolejnym gorącym dniem tamtego lata. Już dzień wcześniej radio nawoływało do niewychodzenia z domów bez pilnej potrzeby, argumentując to realnym ryzykiem wystąpienia słonecznego udaru, zawału i paru innych gwałtownych reakcji organizmu na upał. Przez chwilę nawet próbowałem przejąć się tymi ostrzeżeniami, ale byłem tak nakręcony bliskością celu tej wędrówki, że za nic bym sobie nie wybaczył, gdybym zrezygnował, zwłaszcza z powodu zwykłej, bezosobowej informacji zasłyszanej w mediach. Wychowywałem się przecież w czasach, w których wszyscy wiedzieli, że media kłamią, nawet w tak z pozoru błahych sprawach jak pogoda. Z wielu młodzieńczych przypadłości udało mi się z czasem wyleczyć, jednak ten rodzaj nieufności pozostał mi na szczęście do dziś. Muszę przyznać że przydaje się wyjątkowo często - prawie za każdym razem, kiedy włączam telewizor.
Nie posłuchałem więc podszeptów propagandy i ruszyłem nazajutrz w dalsze odkrywanie czerwonego. Tyle, że wystartowałem z Komańczy godzinę wcześniej niż pierwotnie planowałem. Miałem nadzieję dotrzeć do Cisnej jeszcze przed szesnastą, wyprzedzając popołudniową kulminację upału, dlatego na trasie byłem już o szóstej rano.


Kościół św. Józefa przy szlaku. Jeden z trzech kościołów w Komańczy
By Przykuta - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15718447


 

Pierwsze dwa kilometry to przeskok pomiędzy dolinami Osławy i Osławicy. Szlak prowadzi na wschód, najpierw podniszczonym asfaltem, a po kilkuset metrach schodzi z niego w lewo, w drogę gruntową, przecinając dolinkę potoku Piwnego. Przez chwilę zastanawiam się czy nie pójść dalej asfaltem, który niezależnie od szlaku wiedzie do Prełuk i nie spróbować złapać jakiejś okazji do Duszatyna. Jednak w porę przypominam sobie, że jestem tu po to, aby przejść, a nie przejechać Główny Szlak Beskidzki, więc jakakolwiek podwózka, tym bardziej nie po szlaku, w żadnym razie nie wchodzi w grę. Dalej czerwony wznosi się na grzbiet Smerekowca rozdzielający Osławe i Osławicę na dwa autonomiczne dorzecza. Gdzieś tutaj kończyła się Łemkowyna, a dalej na wschód zaczynały ziemie zamieszkałe przez Bojków. Etnografowie przeprowadzili granicę między tymi dwoma ludami grzbietem Wysokiego Działu, na który właśnie zmierzam. Ale wiadomo też, że dorzecza tych dwóch rzek były obszarem przejściowym, swego rodzaju tyglem, w którym obie kultury przenikały się wzajemnie.
Dojście do Prełuk zajmuje mi niezbyt pospiesznym marszem około 40 minut. Na razie zadziwiająco chłodno. Droga prowadząca cały czas cienistym lasem nie jest zbytnio wymagająca. Do Prełuk nie rozgrzałem się nawet na tyle, żeby ściągnąć kurtkę. Co prawda za chwilę to się zmieni, ale jak do tej pory całkiem przyjemnie.

Komańcza - Przełęcz Żebrak

czwartek, 10 listopada 2016

Wołosate - Ustrzyki Górne / Smerek - Berehy Górne. Kronika


 







Wtorek. 15.07.2014 WOŁOSATE - USTRZYKI GÓRNE

Wobec alternatywy ujeżdżania konia huculskiego w jego mateczniku w Wołosatem, moja propozycja kolejnej wędrówki górskiej nie miała najmniejszych szans powodzenia. Moje dziewczyny, a zwłaszcza Natalia, polubiły konie na tyle, że jak tylko nadarzy się okazja rzucają wszystko aby móc się nimi nacieszyć. Świadom tego nie nalegałem zbytnio, zwłaszcza, że trasę, którą planowałem przeszły już dwa lata temu i nie specjalnie garnęły się do powtórki. Ja zaś mógłbym powtarzać ją co rok.
Jeśli w stosunku do któregoś z odcinków czerwonego trzeba by było użyć popularnego dziś określenia "kultowy", to na pewno należałoby wybrać właśnie ten. Ścieżka średnio długa, bo na około siedem godzin - z dziećmi trochę więcej – ale potrafiąca nieźle zmęczyć, zwłaszcza na pierwszym 3-godzinnym podejściu na Halicz, a potem dołożyć jeszcze między Przełęczą Goprowską a Tarnicą. Trasa krajobrazowo niedościgniona, przynajmniej jeśli chodzi o pejzaże beskidzkie, bo nawet skalista Babia Góra nie jest tak rozległa i urozmaicona jak Gniazdo Tarnicy. W ciągu jednego dnia wędruje się w obrębie przynajmniej czterech wybitnych kulminacji ozdobionych połoniną i wychodniami skalnymi. Dla miłośników Beskidów prawdziwa Arkadia. Trasa z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec, Halicz, Przełęcz Goprowską, Tarnicę, Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. Pierwszy, lub jak kto woli ostatni odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przy parkingu w Wołosatym czerwony zawraca do Ustronia.



fot. Autor




Od prawej Halicz, Kopa Bukowska i Krzemień.
fot. Autor





Na start w Wołosatem docieram busem, dosyć późno jak na moje standardy, bo dopiero o 8:30.  Zazwyczaj wolę wychodzić wcześniej bo i ludzi na szlaku mniej, i w upale smażyć się trzeba krócej. Poza tym mam więcej czasu na wszystko, co daje mi komfort niespiesznego wędrowania. Dzień zapowiadał się ciepło i słonecznie.
Ilekroć przyszło mi wędrować przez opuszczone bieszczadzkie wsie, tyle razy nie mogłem się nadziwić, że kiedyś żyli tutaj ludzie. Zaraz potem przychodziło jeszcze większe zdziwienie, a nawet gniew, że już ich tutaj nie ma. Że ktoś jednym rozkazem wypędził stąd życie, pozostawiając puste pola i sady. I że zrobił to tak skutecznie, że aż do tej pory łemkowskie i bojkowskie osiedla zieją ciszą i pustką. Wołosate jest dla mnie szczególnym przypadkiem takiej wioski, może dlatego, że o niej znalazłem najwięcej informacji historycznych.

Najbardziej obrazowo będzie powiedzieć, że jeśli zaczynamy wędrówkę czerwonym w dzisiejszym centrum wsi, obok jedynego tutaj sklepu i kierujemy się drogą na południowy-wschód, to przez pierwsze 2,5 kilometra powinniśmy iść przez obszar gęsto zabudowany. Tymczasem nie ma tam nic. Poza starym cerkwiskiem i budką kasową BdPN tylko niezagospodarowane pola i łąki. Przed druga wojną światową Wołosate liczyło 182 gospodarstwa, w których mieszkało ponad 200 rodzin, co daje lekko licząc około tysiąca dusz. Była to z pewnością najludniejsza z bojkowskich wsi w naszych górach. Większość domostw pobudowana była powyżej cerkwi. Zagrody ciągnęły się aż do potoku Zworec na tzw. Wyżnim Końcu. Teraz powyżej cerkwi  zaczyna się już pustkowie, gdzie zaglądają co najwyżej spragnieni przygód turyści i pogranicznicy.



Zabudowa Wołosatego w 1937 roku.
Źródło: Mapa WiG, Dźwiniacz Górny, Warszawa 1937.



Wołosate dziś.
Źródło: Wydawnictwo Compass
Co się stało z mieszkańcami?...

czwartek, 3 listopada 2016

Berehy Górne - Ustrzyki Górne. Kronika







Bieszczady są dla mnie wyjątkowym zakątkiem tego ziemskiego padołu. Wyrywam się tutaj ilekroć tylko nadarzy się okazja, a gdy biesy planów nie pokrzyżują, melduje się na połoninach zawsze z tą samą ochotą od lat. Mogę uczciwie powiedzieć, że oprócz moich rodzinnych stron, jest to jedyne miejsce, które w planach mam w zasadzie zawsze. Każdego roku wypatruję tylko pretekstu i czasowych możliwości, aby zanurzyć się w te buczynowe pagóry na wschodnim krańcu mapy. Na szczęście udaje się to dosyć regularnie – zawsze jednak zbyt rzadko - dzięki czemu kilka tamtejszych ścieżek udało się już wydeptać.
Bieszczadzkie szlakowydeptywanie...
Fot. Autor
 


Czerwony zajmował wśród nich zawsze miejsce szczególne. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ileż to razy przemierzałem Główny Szlak "Bieszczadzki", bo część z tych peregrynacji odbywała się jeszcze w czasach kiedy nie robiłem zdjęć, ani nie rejestrowałem przejść w książeczkach GOT. A sama pamięć, zwłaszcza taka jak moja, to stanowczo za mało aby opowiedzieć coś ciekawego. Dlatego miałem niemały kłopot, żeby do opisu przejścia GSB wybrać te wędrówki, które byłyby najbardziej odpowiednie. Ostatecznie zdecydowałem się na opisanie przejść ostatnich chronologicznie, z 2014 i 2015 roku, ponieważ najlepiej wpiszą się w ramy czasowe całej opowieści o wydeptywaniu czerwonego na tym blogu. Rozpoczął się ten wątek w 2012 roku w Ustroniu, więc logicznie będzie skończyć go w Wołosatem nieco później. Poza tym wcześniejsze wypady nie są zbyt bogate fotograficznie, a przynajmniej nie na tyle, żeby należycie dopełnić obraz całości.
Ten opis czerwonoszlakowego wędrowania będzie nieco różnił się od poprzednich. Po pierwsze, nie będzie to wędrówka z nocowaniem na trasie. "Zachodnie" przebiegi czerwonego przy wędrówkach kilkudniowych w zasadzie wymuszają rozplanowanie spania po drodze. Bieszczadzkie odcinki GSB pomiędzy Wołosatym a Cisną znajdują się na tyle blisko siebie, że możliwe jest „obsłużenie” ich z jednego punktu noclegowego.

TUTAJ poprzednia kronika KRYNICA - IWONICZ

Dla mnie najlepszą bazą wypadową zawsze były Ustrzyki Górne i różne konfiguracje przemierzanych tras tradycyjnie oscylowały wokół nich. Taki sposób wędrowania jest nieco łatwiejszy fizycznie (mniejszy bagaż, mniejsze dzienne odcinki do pokonania), za to bardziej wymagający logistycznie, bo na każdy dzień trzeba zapewnić sobie transport w inne miejsce. Na szczęście w ostatnich latach między Tarnicą a Chryszczatą nie ma już z tym żadnych problemów dzięki dobrej komunikacji autobusowej. I jeśli ten stan się nie zmieni dalej pewnie będę poznawał Bieszczady w ten sposób.
Po drugie nie będę już sam. Operacja Ustrzyki w ostatnich latach jest u nas przedsięwzięciem rodzinnym. Opisy przejść w niektórych miejscach będą więc wzbogacone o nowych bohaterów - a raczej bohaterki – dzięki czemu akcja dramatu powinna zyskać na wartości. Wbrew temu co wyśpiewywał Grzegorz Markowski w „Autobiografii” nie było nas trzech a czworo, ale rzeczywiście jeden przyświecał nam cel - niespieszne wędrowanie i odpoczynek.

Spokojne odpoczywanie... na Caryńskiej

czwartek, 6 października 2016

KRYNICA - IWONICZ. Kronika








Za każdym razem kiedy wyruszam w drogę moja skóra uwrażliwia się na bodźce z zewnątrz. Mam przeczucie, że zaczyna się coś wyjątkowego. Niezależnie od tego, czy jadę do sąsiedniego miasta, czy w dalekie kraje dopada mnie specyficzne ożywienie, jakbym odkrywał nowy, nieznany dotąd rozdział ulubionej książki. Jakby ktoś podarował mi ten czas podróży w prezencie, jako niespodziewany bonus do szarości życia. To ożywienie potrafi przerodzić się czasem w fascynację, a nawet entuzjazm, ale do tego musi być spełniony jeden warunek. Droga musi prowadzić w nieznane. W nieznanym horyzoncie jest jakiś nieodparty urok, który kusi i podnieca wyjątkowo mocno, wzywając do założenia plecaka i odkrycia jego zagadek.
Taki właśnie nieodgadniony horyzont czekał na mnie, kiedy wyruszałem z Krynicy na wschód, na kolejny odcinek czerwonego.


TUTAJ opis poprzedniego etapu Krościenko - Krynica

W Beskidzie Niskim nie byłem dotąd nigdy i choć czytałem o nim wiele i niejedną mapę przed wyjściem przejrzałem, wiedziałem że idę w nieznane. Bo żaden opis ani najlepsza mapa nie zastąpią własnych zmysłów.







Dzień 1. Krynica - Iwonicz


15 maja około godziny 10:00 wyruszyłem więc z Krynickiego deptaku pełen nadziei na ciekawą przygodę. Zaczęło się małym falstartem, bo musiałem cofnąć się ze szlaku o dobry kilometr, aby znaleźć śmiałka, który odważyłby się wbić do mojej książeczki GOT pieczątkę. Chodziłem od sklepu do sklepu i usilnie prosiłem, ale niezmiennie trafiałem na mur obojętności. Jakby pieczątka firmowa była dla ludzi największym skarbem, który za wszelką cenę należy chronić przed obcymi. Założę się, że nie jeden plecakowicz błąkał się po centrum tego kurortu w poszukiwaniu pieczęci, bo sprzedawcy doskonale wiedzieli o co chodzi. Ale pieczęci dać nie chcieli. Nie bo nie. I koniec. Po kilku nieudanych próbach zszedłem na sam dół  Bulwaru Dietla, gdzie naprzeciwko Starych Łazienek mieści się punkt informacji turystycznej. Tylko tam znalazł się odważny człowiek, który poratował w potrzebie.



Pensjonat "Patria" - symbol Krynicy
fot. Autor


Tak oto straciwszy prawie godzinkę na dreptaniu po mieście mogłem w końcu zająć się tym, po co tu przyjechałem. Przy ulicy Pułaskiego, powyżej sławetnego pensjonatu Patria, odnalazłem szlakowskaz i szeroką ścieżkę, która wyprowadza czerwony szlak na wzgórze Huzary (864 m). Ten odcinek jest ponoć bardzo popularny wśród kuracjuszy, jako ścieżka spacerowa. Tym razem jednak zajęli się najwyraźniej innymi aspektami uzdrowiskowego życia, bo żadnego z nich nie spotkałem. Już od samego początku musiałem przyzwyczaić się do tego, że czerwony będzie wyłącznie do mojej dyspozycji. I tak w zasadzie było – z małymi wyjątkami – aż do Iwonicza.

Pierwsza godzina wędrówki zawsze jest dla mnie „kryzysowa”, więc podejścia na Huzary także nie będę zbyt dobrze wspominał, choć nie było specjalnie długie i strome. Zazwyczaj rozkręcam się dopiero po kilku kilometrach, dlatego miałem nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej. Zwłaszcza, że pogoda sprzyjała, a droga przede mną nie obfitowała w wybitne kulminacje. Huzary to najwyższy punkt na dzisiejszej trasie, a i dolinki na niej niezbyt głębokie. Ponieważ pierwszy nocleg zaplanowałem w Hańczowej, do przejścia miałem jedynie 23 kilometry i trudno było się spodziewać większych problemów. Jedyne moje obawy dotyczyły orientacji w terenie. Przed wyjazdem zasłyszałem, że w wielu miejscach tych gór oznakowanie szlaków nie jest najlepsze i łatwo je zgubić. Dlatego zaopatrzyłem mojego smartfona w odpowiednią mapkę z naniesionymi szlakami i miałem nadzieję, że z pomocą GPS’a będę mógł się jakoś z ewentualnego kłopotu wyratować. Choć nowinek technologicznych nie lubię, muszę przyznać, że wynalazek ten sprawdził się znakomicie. W czasie tych pięciu dni wędrówki gubiłem szlak kilkakrotnie, ale bardzo szybko go odnajdywałem, bo dzięki GPS dokładnie wiedziałem gdzie jestem. Skoro telefon w kieszeni i tak mieć muszę, nie zawadzi korzystać z niego dla lepszej orientacji.
Wiele słyszałem o sielskich krajobrazach Beskidu Niskiego i pierwszą ich próbkę mogłem podziwiać już na wschodnich zboczach Huzarów. Gdy skończył się las wyłonił się pejzaż łagodnie pofalowanych wzgórz, gdzieniegdzie tylko porośniętych drzewami.



Beskidzka kraina łagodności.
fot. Autor


W większości przykrywał je kobierzec równo skoszonych łąk, schodzących w dół ku rozsianym w dolinie zabudowaniom. A wszystko to zatopione w cywilizacyjnej ciszy. Tylko szum wiatru i pogwizdywanie ptactwa zdziwionego obecnością człowieka. Dopiero w pobliżu wsi dołączają do nich odgłosy gospodarskie i szum przetaczających się drogą na Tylicz samochodów. Te gospodarstwa, to pierwsza z wielu na mojej drodze wsi – Mochnaczka Niżna. Tak oto wkroczyłem na Łemkowynę.
Tuż ponad wsią odnajduję miejsce, gdzie przed wojną szlak czerwony odbijał w prawo, by przekroczyć dolinę Mochnaczki 1,5 kilometra wyżej, niż ma to miejsce dzisiaj.

TUTAJ historia Głównego Szlaku Karpackiego

Dalej, tam gdzie teraz prowadzą znaki zielone wspinał się na grzbiet wododziałowy i prowadził nim aż w Bieszczady. Współcześnie, czerwony sprowadza do doliny malowniczymi polami, by wkroczyć do wsi przez kładkę z betonowych słupów telefonicznych. Po takim moście jeszcze nie przechodziłem i trudno mi wyobrazić sobie, jak miałoby to wyglądać po ulewnych deszczach. Po raz kolejny cieszę się, że na wędrówkę wybrałem suchy i ciepły maj.



Most do Łemkowyny.
fot. Autor


Ciąg Dalszy pod "Czytaj Więcej"


czwartek, 8 września 2016

Krościenko - Krynica. Kronika




Dzień 1. Krościenko - Przehyba


Rok 2014 na Głównym Szlaku Beskidzkim okazał się wyjątkowo obfity w przedreptane kilometry. Zdobycie kilku dni wolnego w jesienny wrześniowy czas wcale nie graniczyło z cudem i do majowych wspomnień z Beskidu Żywieckiego i Gorców dołączyć mogły wrześniowe obrazy z Beskidu Sądeckiego. Dało to razem prawie 190 kilometrów czerwonego w jednym roku, co zważywszy na notoryczny brak czasu, było dla mnie sporym osiągnięciem. Zwłaszcza, że nie były to jedyne wypady górskie tego roku.
W czwartek, 11 września, tuż przed siódmą rano zameldowałem się na krakowskim dworcu  oczekując busa do Krościenka. Zanim wszystkie media na dobre rozpoczęły celebrację kolejnej rocznicy nowojorskich zamachów, ja kołysałem się już sennie na nierównościach polskich dróg i z coraz większym niepokojem spoglądałem w niebo. Muszę przyznać, że bardziej niż majaczące w pamięci makabryczne sceny z Manhattanu, niepokoiły mnie widoki za oknem. Ludzie skrywający się w kapturach i parasolach zdawali się przeklinać los, że kazał im opuścić przytulne schronienia domów i zdać się na łaskę sinych od deszczu chmur. Te  obniżyły swój lot prawie do poziomu ulicy. Rynny wypluwające strumienie wody, potoki przelewające spienioną brązową breję, drzewa ociekające deszczem i chylące się w podmuchach wiatru: wszystko wokoło pukało się po głowie na widok gościa z plecakiem, któremu najwyraźniej odbiło, skoro w taka pogodę zdecydował się na spacer.
No cóż. Nigdy nie twierdziłem, że moje zmysły są w pełni zdrowe.
W Krościenku pogoda delikatnie się poprawiła. Przestało padać a niebo podniosło się na tyle, że dało się dostrzec kontury okalających miasto wzgórz. Tylko krzyż na strzelistej wieży tutejszego kościoła wciąż osłaniał się chmurami, jakby chciał je przy sobie zatrzymać. Ale w końcu po to go zbudowano, aby sięgał nieba.

"Pieniński" kościół w Krościenku.
fot. Autor
  Świeżo odremontowanym mostem przekroczyłem Dunajec i tuż przed dziesiątą znalazłem się wreszcie w Beskidzie Sądeckim. Wędrówkę tymi malowniczymi górami zaplanowałem na trzy dni, choć kusiło mnie aby przeskoczyć je w dwa. Uznałem jednak, że gdy najdzie mnie ochota na bieganie to wystartuje w jakimś maratonie. Teraz chciałbym zwyczajnie pochodzić i spokojnie pozwiedzać. Do przejścia mam ok. 60 kilometrów, a po drodze spore różnice w wysokościach. Wystartuję z poziomu 420 metrów i na pierwszym 12 kilometrowym odcinku będę musiał pokonać ponad 700 metrów przewyższenia. Potem długie zejście do najniższej na czerwonym doliny Popradu w Rytrze, a następnie ostro w górę, na grzbiet Pasma Jaworzyny ponad 650 metrów powyżej. Gdybym podzielił ten dystans na dwie dniówki, musiałbym się nieźle napocić, a przecież przyjechałem tutaj żeby wypocząć. Po za tym deptak w Krynicy nie jest dla mnie aż tak kuszący, żeby gnać do niego bez opamiętania. To, co po drodze, jest dla mnie znacznie ważniejsze.
Tymczasem rozpocząłem podejście ulicą Źródlaną, która wyprowadza czerwony ponad zabudowania Krościenka na Pasmo Radziejowej. Zadziwiające jak bardzo „górska” okazała się moja pamięć. Ostatni raz szedłem tamtędy w roku 1989 i od razu zaczęły mi się przypominać obrazy z tamtej wędrówki. Tutaj naprawiałem szelkę od plecaka, tam ktoś otworzył wino, bo było mu za ciężko, jeszcze dalej rozpoznałem pień, do którego rzucaliśmy moim wojskowym bagnetem. Natomiast innych wspomnień z tamtego roku nie byłem w stanie przywołać w ogóle. Przecież chodziłem wtedy do liceum i pewnie działo się w moim życiu wiele. Nie pamiętam nawet momentu, kiedy padła komuna. Za to górskie wyprawy zapamiętałem nie najgorzej.

Deszczowy las nad Krościenkiem.
fot. Autor

Odnajdywanie znajomych miejsc i utyskiwanie nad kruchością pamięci pomaga mi przetrwać pierwsze godziny marszu. Początek okazuje się trudny. Droga pnie się męcząco w górę, najpierw polami, potem przez zimny, wilgotny i duszny las, cały czas w oblegających go chmurach. O widokach na Pieniny mogłem jedynie pomarzyć, bo z mijanych polan widać było tylko kłębiastą mgłę. Nieco wyżej, gdzieś na stokach Stajkowej  mijam charakterystyczną kapliczkę z figurą Chrystusa dźwigającego krzyż. Masywna, bogato rzeźbiona, wisi na wiekowym buku, co wyraźnie nadaje jej sędziwości. Intrygujący jest też sposób jej zawieszenia. Stare konary buka oplata gruby, stalowy łańcuch, dodając całej scenie nieco grozy i tajemniczości. W czeluściach bukowego lasu w okolicy Gronia, kłębiąca się wilgoć odbierała ciepło na tyle skutecznie, że w pewnym momencie ratowałem się gorącą zawartością termosu i założeniem wełnianej czapki. Nawyk noszenia jej na dnie plecaka nawet w lecie, zadziwiająco często okazuje się przydatny.

Kapliczka drogi krzyżowej pod Stajkową.
fot. Autor


Dopiero gdzieś na Dzwonkówce (982 m) opary mgielne jakby nieco rzedną i pozwalają na spokojniejszy odpoczynek. Docieram tutaj w godzinę i piętnaście minut, zaskakująco szybko, zważywszy, że za mną już 5 kilometrów marszu pod solidną górkę. Przystaję więc na dłuższą chwilę i łapiąc oddech rozglądam się po okolicy. Na Dzwonkówce czerwony biegnie przez chwilę razem ze szlakiem żółtym, łączącym Szczawnicę z Łąckiem. Znakarze PTTK oznaczyli tutaj czasy przejść szlakowskazami przymocowanymi do solidnego świerka. Tuż nad nimi, jakiś żartowniś przybił własną tabliczkę z wyrytą informacją „Himalaje 2 lata”. Sadząc po kolorze sczerniałego drewna, wisieć tu musi przynajmniej kilka lat, z czego wnioskować można, że ten rodzaj humoru przyjmuje się wśród szlakowydeptywaczy. Mnie przypomniała, że jak wysoko bym nie zaszedł, zawsze znajdą się jeszcze wyższe góry.

Ciekawa alternatywa.
fot. Autor


Za Dzwonkówką zejście na malowniczą Przełęcz Przysłop. Znowu chmury ograniczają widoczność, ale nie na tyle, żeby przesłonić urok tego miejsca. Łąki i zagajniki, zagubione gdzieś na pagórkach pomiędzy górami, muszą wyglądać ciekawie w pełnym słońcu. Żeby się o tym przekonać, będę musiał  dotrzeć tutaj przy bardziej sprzyjającej pogodzie. Pretekstem może być wypróbowanie noclegów, jakie oferuje jedno z tutejszych gospodarstw. Może to być dobre rozwiązanie przy marszrucie z Rytra w kierunku Krościenka. Internet podpowiada, że ceny schroniskowe, a warunki niewspółmiernie lepsze niż na Przehybie.
Na przełęczy odnajduję pierwszą na trasie pamiątkę historyczną. Obelisk z wysokim, biało-czerwonym masztem i inskrypcją informującą o śmierci 5 partyzantów, którzy zginęli w tym miejscu w lutym 1944 roku. Widać, że regularnie odbywają się tutaj jakieś uroczystości, bo całość starannie zadbana, a nawet ukwiecona. Zainteresował mnie znak Polski Walczącej, w który wkomponowano krzyż z napisem „Za Polskę, Wolność, Lud”. Wszystko w narodowo-wyzwoleńczym tonie, za wyjątkiem naszego godła, które tutaj prezentuje się bez korony. Jeśli ktoś wie dlaczego, proszę o informację.
Tuż pod przełęczą, w kierunku Szczawnicy, znajduje się jeszcze jedna pamiątka wojennych dramatów. Niewielką drewnianą kaplicę, dawniej krytą gontem, dzisiaj blachą, postawiono w miejscu domostwa, które zostało spalone przez Niemców w grudniu 1944 roku. Razem z nim spłonęła cała mieszkająca tam rodzina.



Pomnik na Przełęczy Przysłop.
fot. Autor


Kaplica po Przysłopem.
fot. Autor


Za Przysłopem krótkie, lecz strome podejście na wzgórze Kuba (888 m). Dalej już dość wygodną drogą grzbietową w ok. 1,5 godziny docieram do Schroniska PTTK „Przehyba”. Jest godzina 13:45.
Miejsce to jest dla mnie o tyle szczególne, że było celem pierwszego wypadu górskiego, z którego zachowałem nie tylko w miarę dokładne wspomnienia, ale również kilka czarno-białych  zdjęć. Był rok 1989, a ja wędrowałem wtedy jako jeden z opiekunów grupy szkolnej uczestniczącej w Rajdzie Turystycznym im. Leopolda Węgrzynowicza, organizowanym przez rabczański PTTK.  Wówczas na Przehybie mieliśmy drugi na trasie biwak.
Spoglądając na schronisko i przylegającą polanę, wydaje się, że nie zmieniło się tu wiele. Może tylko wieża telewizyjna jest nieco wyższa i bardziej „upakowana” antenami, płacąc w ten sposób za wszechobecny postęp technologiczny. Dzięki niej schronisko skomunikowane jest ze światem asfaltówką, schodzącą do Gabonia. Na szczęście obecność drogi nie mąci spokoju tego miejsca, gdyż dostępna jest jedynie na potrzeby schroniska i obsługi wieży. Dopiero po dłuższej  chwili dostrzegam sporą zmianę w krajobrazie. Tuż obok schroniska postawiono budynek o dźwięcznej nazwie „Jaśkówka”, który miał służyć za noclegownię na czas odbudowy starego schroniska, po pożarze z roku 1991. Do najpiękniejszych może nie należy – podobnie jak jego sąsiad - ale mieści w sobie izbę regionalną i dodatkowe pokoje dla gości.

Schronisko na Przehybie...
fot. Autor

...i jego otoczenie
fot. Autor


Zresztą całość otoczenia zatopiona w chmurach i mżawce, też nie wygląda zachęcająco. Tym bardziej zastanawiam się nad przedłużeniem dzisiejszej wędrówki i przenocowaniem gdzie indziej. Najbliższą noclegownią na czerwonym jest chata pod Kordowcem oddalona o ok. 12 km i 3,5 h marszu. Godzinę dłużej trzeba by dreptać do schroniska PTTK w Rytrze. Wszystko osiągalne przed końcem dnia, ale ze względu na paskudną pogodę decyduję o pozostaniu na Przehybie. Myśl o kilkugodzinnym przedzieraniu się przez zimną wilgoć, bez szans na jakiekolwiek widoki, zdecydowanie zniechęciła do wysiłku.



CIĄG DALSZY POD "CZYTAJ WIĘCEJ" :)

piątek, 11 marca 2016

Korbielów - Krościenko cz. 2 - Kronika





OBEJRZYJ WSZYSTKIE ZDJĘCIA Z WĘDRÓWKI

 
 


Rabka - Stare Wierchy
Źródło: Compass

  
Kolejny, czwarty dzień wędrówki znowu przywitał mnie idealną pogodą. Pełne słońce i kilkanaście stopni na plusie o siódmej rano zapowiadało idealny dzień na szlakowydeptywanie. Jak wszystkie poprzednie zresztą, co potwierdza , że maj jest dobrym miesiącem na planowanie wycieczek. Z dziewięciu do tej pory majowych dni na czerwonym, tylko jedno przedpołudnie okazało się deszczowe. Nie mogę narzekać, tym bardziej, że mimo solidnego wypoczynku w Rabce, odczuwam już zmęczenie i przyda się dodatkowa, pogodowa motywacja. Jest 22 maja 2014 roku. Czwartek.

Park zdrojowy w Rabce
fot. Autor


Za rabczańskim parkiem rozpoczyna się jedna z najbardziej klasycznych górskich wędrówek. Przejście głównego grzbietu Gorców pomiędzy Rabką a Turbaczem. Trasa urozmaicona, ciekawa krajobrazowo, z wieloma punktami widokowymi. Po drodze trzy, jedne z najczęściej odwiedzanych schronisk w Beskidach: Maciejowa, Stare Wierchy i Turbacz. Dla mnie to nie tylko ścieżka, ale też kawał historii i mnóstwo wspomnień. Przeszedłem ją pewnie dziesiątki razy i nadal chętnie się tu pojawiam, bo ciągle nie mam jej dość. Po drodze wiele szlaków bocznych umożliwiających sporo wariantów przejścia. Już po wyjściu powyżej ostatnich zabudowań ulicy Gorczańskiej roztaczają się widoki na bliską Maciejową, a nieco wyżej, z łąk nad osiedlem Jurcówka, szeroka panorama od Lubonia Wielkiego na Północy po Babią Górę i Pasmo Policy na zachodzie. To ostatnie wydaje się tak daleko, że zachodzę w głowę jak to się stało, że w ciągu jednej doby udało mi się dotrzeć na nogach aż tutaj.
Powyżej dojścia czarnych znaków z doliny Słonki, na wysokości stoku narciarskiego, gratka dla miłośników geologii. Spękane warstwy fliszu karpackiego prezentują się przy samym szlaku w mikro skali, pokazując strukturę skał budujących te góry. Szczerze mówiąc geologia nigdy specjalnie mnie nie wciągała, ale flisz nawet dla laika różni się od innych formacji skalnych.  Nie wiem dlaczego, miejsce to przypomina mi za każdym o niszczycielskim działaniu człowieka i o sile, jaką góry muszą mu przeciwstawić. Tysiące butów przechodzących tamtędy co roku roznosi  te skały w pył, a one wciąż trwają, uporczywie broniąc się przed całkowitym zniszczeniem. Na ileż to sposobów człowiek próbuje je gnębić, a one ciągle są, choć już nie takie dzikie jak kiedyś. Zdaję sobie sprawę, że i ja dokładam swoje buty do tej niszczycielskiej roboty.
Parę minut po ósmej jestem na Maciejowej, przy górnej stacji wyciągu narciarskiego. Wśród turystów utarło się, że Maciejową nazywa się miejsce gdzie stoi schronisko. Tymczasem to właśnie tam gdzie kończą się liny wyciągu kartografowie wyznaczyli kulminację 815 m n.p.m. o tej nazwie. To kolejny przykład na to, jak oficjalne nazwy nabierają własnego życia i przemieszczają się nieraz spory kawałek zgodnie z wolą tych, którzy najczęściej ich używają. Nie dalej jak wczoraj byłem w Schronisku na Hali Krupowej, które wcale na Krupowej nie stoi i nikomu to nie przeszkadza. Bo nazwy mają służyć ludziom, a nie na odwrót. Maciejowa w naszym, turystycznym mniemaniu przesunęła się około kilometr na południowy wschód, na kulminację polany Przysłop. Lecz ktokolwiek wybiera się do schroniska nigdy nie powie, że idzie na Przysłop. Tu stoi przecież Schronisko PTTK na Maciejowej.


Bacówka na Maciejowej
fot. Autor