Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIESZCZADY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIESZCZADY. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 stycznia 2019

Gdzie jest prawda o Głównym Szlaku Karpackim?




Pewnego dnia moja skrzynka wypluła wiadomość zawierającą proste, aczkolwiek z gruntu niepokojące pytanie. Jej autorem był Pan Czarek, zupełnie obcy mi człowiek, którego istnienia do tej pory nawet nie podejrzewałem, naiwnie łudząc się, że jestem jedyną na tej planecie istotą, zajmującą się historią turystyki beskidzkiej. Nagle okazało się, że są jeszcze inni, myślący o podobnych problemach co ja człekokształtni, w dodatku bardziej wnikliwi. Pytanie brzmiało: „Gdzie kończył się Główny Szlak Karpacki?”
W pakiecie Pan Czarek poruszył jeszcze drugą kwestię dotyczącą niezrozumiałego barku informacji o przebiegu szlaku pomiędzy Nową Wsią a Przełęczą Dukielską. Ten widmowy odcinek miał ok. 13 kilometrów i w żadnych źródłach nie został wykazany. Wątpliwości autora dotyczyły zatem przynajmniej 25 kilometrów niezgodności pomiędzy deklaracjami twórców szlaku, a dostępną dokumentacją, tego rzekomo ukończonego dzieła.
Koniec Głównego Szlaku Karpackiego - Pop Iwan czarnohorski
fot. Autor

Te dwa zasadnicze pytania były dla mnie na tyle alarmujące, że zmusiły do zdania sobie sprawy nie tyle z własnej niewiedzy, ale  - co jeszcze chyba gorsze - z zaniechania dążenia do odpowiedzi. Kiedy kilka lat temu kończyłem rozprawiać się z tematem Głównego Szlaku Karpackiego wiedziałem, że nie przeniknąłem wszystkich niuansów jego historii, odkładając głębszą dociekliwość na później z powodów, które akurat tutaj są zupełnie nieistotne. Zostawiłem kilka pytań bez odpowiedzi, więc kiedy wypłynęły na powierzchnię za sprawą Pana Czarka, nie mogłem się do nich nie odnieść. Były trochę jak dowody zbrodni ujawnione po latach.

Wiedziony niepokojem zacząłem głębiej wgryzać się w archiwalną materię i dosyć szybko przekonałem się, że rozbieżności  w przebiegu szlaku pomiędzy oficjalną wersją działaczy P.T.T., a stanem faktycznym w terenie, były znacznie większe. Stało się dla mnie jasne, że w 1935 roku, kiedy szumnie i z patosem ogłaszano ukończenie Głównego Szlaku Karpackiego, przynajmniej 160 kilometrów tego szlaku nie było jeszcze gotowe, a kolejnych 25 miało przebieg niejasny. To wystarczająco duże "dziury", aby wykluczyć pomyłkę, a zacząć domniemywać propagandowe oszustwo.

Chciałbym tutaj naświetlić swoją wersję historii. Oczywiście będzie to wersja subiektywna i w dużej mierze oparta na poszlakach, za co pewnie zostanę przez niektórych skarcony. Ale skoro przez tyle lat nikt nie próbował naświetlić tej rysy na szkle, czas najwyższy to zrobić.


środa, 26 grudnia 2018

Jak nie zdobyłem "czerwonego". Dzień 2.





Przed wyruszeniem w drogę założyliśmy z Pawłem, że na noclegi będziemy wybierać schroniska górskie, bądź inne noclegownie przeznaczone dla turystów łażących po górach. Chodziło o to, żeby cały czas trzymać się górskich klimatów i obracać wśród ludzi najlepiej rozumiejących naszą szajbę i potrzeby z nią związane. Oczywiście, nie zawsze było to możliwe i w kilku miejscach trzeba było zanocować na zwykłych kwaterach. Dało mi to jednak doskonały materiał do przemyśleń, którymi chciałbym się teraz podzielić, a Kremenaros w Ustrzykach Górnych jest doskonałym przykładem na ich zobrazowanie.
W przeciwieństwie do większości obiektów działających pod szyldem PTTK w Kremenarosie udało się przeprowadzić generalny remont, który ucywilizował warunki pobytowe. Wszystko wydaje się nowe, czyste, zadbane, a przy tym proste, funkcjonalne, czyli takie, jakie plecakowicze lubią najbardziej. Pozostawiono zatem charakter górskiego schroniska, ale odnowiono dosłownie wszystko, od instalacji, podłóg, ścian, drzwi i okien, na meblach i pościeli kończąc. Nareszcie w górskiej noclegowni łazienka pachnie, a w kranie jest ciepła woda i to niemal od razu po odkręceniu kurka. Okazuje się, że nawet obiekt oferujący ceny  schroniskowe może pozwolić sobie nie tylko na schludność i elementarny porządek, ale też na odpowiednią modernizację oferowanego standardu.




 Niestety,  większość obiektów PTTK nie może się tym pochwalić, a dobrym kontrprzykładem jest szumnie zwany Hotelem Górskim ośrodek na drugim końcu Ustrzyków. Co z tego, że dywany na podłogach i reprodukcje na ścianach, jak wszystko ocieka starością. Nie tą zabytkową, pachnącą starym drewnem, bejcą i woskiem do podłóg, ale skrzypiącą zdezelowanymi zawiasami, trzaskającą niedomykającymi się drzwiami, wołającą o ratunek pleśnią w łazience i rozpadającymi się łóżkami. Starością, która jęczy niegospodarnością rodem jeszcze z zatęchłej komuny. Niestety, o prawdziwości tych słów można się przekonać w naszych górach o wiele za często, co unaoczniła mi także ta wyprawa.
I jeszcze jedna szczypta soli w tej opowieści. Jeśli wybieramy się w góry w okresie przełomu pomiędzy zimą i wiosną, należy liczyć się z tym, że pokoje, które wynajmiemy w obiektach o standardzie schroniskowym lub nieokreślonym będą miały temperaturę delikatnie mówiąc daleką od komfortowej. Niekiedy nawet może być znacznie zbliżona do panującej za oknem. Najwyraźniej gospodarze uważają, że skoro nie ma już zimy i mrozy nie trzaskają, nie ma też potrzeby tracić pieniędzy na opał. Zwłaszcza, że o tej porze turystów jest zbyt mało, żeby zrekompensować koszty ogrzewania. Jedna lub dwie noce w takim kurniku to jeszcze nie problem. Wystarczy trochę ubrań na grzbiet i coś na rozgrzewkę przed spaniem. Ale kiedy wędruje się z plecakiem przez kilka dni w wilgoci i chłodzie, i prawie każdy z nich kończy się w zimnicy, gdzie nie ma jak wysuszyć ubrań, a ogrzać się można jedynie włażąc pod kołdrę we wszystkim co było w plecaku, to z czasem taka impreza przestaje cieszyć.
Zastrzegam w tym miejscu, że nie wszystkie noclegownie na „czerwonym” odpowiadają temu opisowi, ale nie wymienię ich aby nie być posądzonym o reklamę.


Skoro jesteśmy już przy warunkach pobytowych na szlaku – miała być jedna szczypta soli, a będzie i druga. Gdy tak wspominam popas w Kremenarosie nie mogę odgonić myśli o pewnym marketingowym matactwie, który zmusił mnie do głębszego, niż bym sobie tego życzył, zdrenażowania skromnego przecież turystycznego portfela. Na fali powszechnej mody popijania bursztynowego nektaru, w bez mała każdych fizycznie nadających się do tego okolicznościach, namnożyło się u nas rozmaitych browarów, warzących różnego rodzaju napoje - bardziej lub mniej ów nektar przypominających. Oczywiście, prawie każdy z nich ma wielowiekową tradycję, sięgającą, jeśli już nie średniowiecza, to czasów imć Pana Zagłoby przynajmniej, nawet jeśli założono go wczoraj, na surowym korzeniu. Prawie każdy oferuje kilka gatunków nektaru, zmieniających się lub modyfikujących w zależności od aktualnie panujących wśród nektarowiczów upodobań. Pomijając jakość i sposób ich produkcji, sprawa jest całkiem atrakcyjna, dając szerokie spektrum wyboru alternatyw smakowych już na etapie zakupu. I to się browarnikom chwali. Jednak jakiś czas temu pojawił się u nas nowy gatunek, służący oszukiwaniu mniej dociekliwych oraz irytowaniu bardziej świadomych smakoszy. Nazywa się on różnie, ale mnie najbardziej do gustu przypadła nazwa „piwo na zlecenie”. Sprawa polega na tym, że produkuje się nektar najgorszego sortu, w smaku przypominający popłuczyny z szorowania szaletowej podłogi i oferuje hurtownikom, bądź nawet poszczególnym barom i restauracjom jako produkt bez nazwy, z możliwością dodrukowania etykiety kreowanej według własnego uznania. Niby nic bulwersującego, ale do czego to prowadzi? Ano do tego, że produkt najgorszej przemysłowej jakości oferuje się jako regionalny rarytas, oparty na naturalnych lokalnych składnikach, produkowany w sposób całkowicie ekologiczny i prezentujący wybitne walory smakowe, charakterystyczne wyłącznie dla danego regionu. Przynajmniej takie zalety sugerują – oczywiście nie wprost – informacje zawarte na etykiecie zmówionej przez zleceniodawcę. A wszystko to za cenę godną królewskiego kufla.
Co to znaczy, można się przekonać dobitnie wędrując po bieszczadzkich przybytkach. Mam wrażenie, że tutaj ten wybieg przybrał postać nagminną. W Kremenarosie na ten przykład oferowano taki właśnie napój, którego nazwy nie wymienię, jako jedyny dostępny w ofercie, bo jak tłumaczyła barmanka „chwilowo innego nie dowieźli”. Ponieważ stwierdzenie to przypomniało mi stare, niekoniecznie dobre czasy, rozejrzałem się czujnie i dostrzegłem za barem przeszkloną lodóweczkę pełną innych nektarów. Nie dałem jednak niczego po sobie poznać, chcąc się dowiedzieć w czym rzecz. Zamówiłem więc „jedyny” nektar za „jedyne” 9 złotych i już po pierwszym łyku wiedziałem. Po co sprzedawać dobry jakościowo kupiony drogo produkt skoro można kiepski i tańszy sprzedać znacznie drożej. A przy tym klient będzie myślał, że wypił coś wyjątkowego, można by rzec nawet ekskluzywnego. Czy ktoś będzie dochodził, że te same ścieki można wypić na Helu, tyle że pod marynistyczna etykietą?


Tymczasem przy całkiem smacznym posiłku w dawnym Pulpicie, złożonym z żurku, fasolki po bretońsku i rzeczonego bursztynowego nektaru na zlecenie, otwieram Internet by zapytać o radę pogodynkę. Mówi, że kiepsko to widzi i że zamiast deszczu może zaoferować ewentualnie śnieg, zwłaszcza powyżej 1000 m n.p.m. Ogólnie poza chłodem, wilgocią i pluchą, nic w menu na jutro nie ma. Spoglądam na Pawła i wzruszam ramionami. No cóż. Jak się niema co się lubi…




Trasa Ustrzyki Górne - Smerek
Źródło: Compass


piątek, 14 grudnia 2018

Jak nie zdobyłem "czerwonego". Dzień 1 - Kronika








Kiedy jakiś zamiar zbyt długo odkładany jest w czasie, utykając gdzieś między pomysłem a pierwszym krokiem, zwykle przechodzi w stan podobny do hibernacji. Nie umiera i nigdy na zawsze nie odchodzi, ale przyczaja się gdzieś w zakamarkach świadomości, czekając na swój czas. Może spać całymi latami, a nawet dekadami, nie dając żadnego znaku życia, poza drobnymi, ledwie zauważalnymi drgnięciami powiek w chwilach, gdy myśl zabłąkana z dalekiego świata przemknie wystarczająco blisko. Wtedy na ułamek sekundy przechodzi w czuwanie, żeby sprawdzić czy to aby nie pora wstać. Jak zaspany podróżny w poczekalni dworcowej w reakcji na zapowiedź nadjeżdżającego pociągu. I kiedy nadchodzi ten czas, kiedy już może zbudzić się ze snu i zacząć działać, wtedy zaczynam być szczęśliwy.
Poczekalnia mojej świadomości kryje wielu takich śpiochów. Część jeszcze z czasów, kiedy marzeniami usłane były ulice, a barwy świata nie mieściły się na żadnej palecie barw. Jedną z takich właśnie najdawniej uśpionych potrzeb jest u mnie chęć wędrowania. To dosyć wyjątkowa potrzeba, bo jako jedyna nigdy nie zasypia głęboko. Budzę ją co chwila i nakazuję iść, i spełnić przynajmniej część obietnic, jakimi jest przepełniona. Do najstarszych należy obietnica przewędrowania Głównego Szlaku Beskidzkiego od początku do końca w jednej wędrówce.

Zamiar ten pochodzi jeszcze z końca lat osiemdziesiątych, kiedy to po raz pierwszy zwrócił moją uwagę pewien szlakowskaz przy schronisku pod Turbaczem. Wskazywał on dwa przeciwległe kierunki wędrowania,  informując o trasie nie w godzinach marszu, jak to większość ówczesnych znaków miała w zwyczaju, lecz w kilometrach i to w trzycyfrowych wartościach liczbowych. Na jednym końcu był Ustroń, na drugim Wołosate. Ten obrazek pobudzał moją wyobraźnię przez lata.

I w końcu przyszedł ten czas, kiedy wszystko wkoło ułożyło się w życzliwej konfiguracji i nie pozostało nic innego, jak tylko założyć buty. To, co do tej pory przeszkadzało, nagle zmieniło front i zaczęło pomagać. Praca, rodzina, zdrowie i wszelkie inne okoliczności wykonały ukłon w moją stronę dając zielone światło, sugerując jednocześnie, że druga taka zgodność może się prędko nie powtórzyć.

Nie było wyjścia. Pewnego kwietniowego, słonecznego, aczkolwiek chłodnego poranka zameldowałem się na starcie w Wołosatym z zamiarem przewędrowania 500 kilometrów szlaku czerwonego aż do Ustronia.
Obok mnie stawił się jeszcze „Paweł od gór”, człowiek z którym już od kilku miesięcy przygotowywaliśmy się do tego marszu. Udało nam się wcześniej przedreptać kilka dni po górach we wspólnym towarzystwie, testując swoją wzajemną tolerancję. Wyniki były obiecujące, więc zdecydowaliśmy podołać temu wspólnie, nawzajem napędzając się do działania. Jeszcze przed wyjściem zastanawiałem się, czy taka wędrówka mogłaby dojść do skutku bez odpowiedniego wsparcia? To znaczy, czy wyruszyłbym w taką drogę sam? Lubię wędrować samotnie i czyniłem to już wielokrotnie. Większość mojego wędrowania to borykanie się z samym sobą i zdaje mi się, że radzę sobie z tym nie najgorzej. Ale w tym przypadku sprawa wydawała się zgoła odmienna, a odpowiedź już nie taka prosta. Prawdopodobnie gdyby nie pojawił się Paweł, nie założyłbym plecaka na tak długo. Bo wszystko rozbija się o skalę. Co innego kilkadziesiąt kilometrów w trzy dni, a co innego pięćset w trzy tygodnie. Świadomość czyjejś obecności i wsparcia – jakkolwiek iluzoryczna – jest bardzo istotna. Im trudniejsze wyzwanie, tym bardziej.
Co prawda takie wsparcie może okazać się złudne, ale tego przed wyruszeniem w drogę nie da się zweryfikować. Dopiero beczka soli pokazuje prawdę.





Szlak czerwony Wołosate - Ustrzyki
źródło: Compass


Tak, czy inaczej zjawiliśmy się w Wołosatym przy słupku z czerwoną kropką w Poniedziałek Wielkanocny o 8:30 rano. Muszę przyznać, że byłem w tym miejscu już wiele razy i zawsze wspominam te momenty z przejęciem.  Ale nigdy jeszcze nie czułem takich emocji jak teraz. Zmysły miałem wyostrzone jak rzadko, widać adrenalina wreszcie zabrała się do dzieła. Chyba właśnie zacząłem zdawać sobie sprawę z tego co mnie czeka.
A czekało wiele. Główny Szlak Beskidzki wije się najwyższymi grzbietami naszych Beskidów na przestrzeni między Bieszczadami a Śląskiem, ścieżką długości około 500 kilometrów. Przemierza prawie wszystko, co najcenniejsze w tych górach, odkrywając miejsca najciekawsze - zarówno geograficznie, jak i historycznie. Dla świadomego turysty to nieprzebrana skarbnica doznań estetycznych i poznawczych, ale też doskonały sprawdzian możliwości i ograniczeń fizycznych. Wrażeń zatem z pewnością nie zabraknie.




Początek...
fot. Dorota P.



piątek, 3 listopada 2017

Po co komu bacówki PTTK




Bacówka na Maciejowej
fot. Autor

W latach siedemdziesiątych XX wieku turystyka beskidzka przeżywała prawdziwy rozkwit. Współcześni menadżerowie określili by takie zjawisko mianem boomu, bo na szlakach robiło się momentami naprawdę tłoczno. Jednak ten fenomen miał ówcześnie zupełnie inne motywy niż ekonomiczne, czy choćby kulturoznawcze. W góry wyruszali prawie wszyscy, nawet ci, którzy nie mieli do tego ani specjalnych predyspozycji, ani nawet chęci. Obok prawdziwych łazików pojawiły się w górach grupy ludzi przypadkowych, wyciągniętych z domów obowiązkiem uczestnictwa w masowej imprezie, do jakiej ówczesne władze chciały wszelkie przejawy życia społecznego sprowadzić. Ludzie jednoczyć się mieli w socjalistycznej wspólnocie, wokół wspólnych, jedynie słusznych idei, a turystyka górska nadawała się do tego znakomicie.  Organizowano więc masowe wyjazdy w góry, finansowane z budżetów komitetów partyjnych, budżetów socjalnych zakładów pracy lub komitetów rodzicielskich szkół, czego implikacją było pojawienie się na górskich szlakach dużych grup zorganizowanych. A że ludzie lubią się bawić – zwłaszcza za pół darmo – grup takich namnożyło się sporo.
Oczywiście wycieczki grupowe wędrowały beskidzkimi ścieżkami od dawna, ale w tamtych latach ich skala była wyjątkowa. Jeszcze nigdy w górach nie pojawiło się tylu wędrowców. Wystarczy przyjrzeć się - choćby pobieżnie - statystykom COTG, żeby docenić rozmiary ówczesnego ruchu turystycznego. W roku osiemdziesiątym ubiegłego wieku wydano o 22 tysiące więcej odznak GOT niż dziesięć lat wcześniej, co przekładało się w praktyce na podwojenie ilości turystów. Przez całą dekadę wydano ponad 400 tysięcy odznak, a w samym tylko roku 1980 aż 49081. Co okazało się jak dotąd rekordem nie pobitym.
A znaczny w tym udział właśnie turystyki grupowej. Gdyby nie liczyć ideologicznych pobudek organizacji wielu ówczesnych wycieczek trzeba by stwierdzić, że przynosiły one sporo korzyści całej górskiej turystyce. W górach pojawili się ludzie, którzy w innych okolicznościach pewnie by tam nie trafili. Nie jeden został zaszczepiony górami w czasie takich właśnie grupowych wypadów co przekładało się w następstwie na zwiększenie ruchu indywidualnego.  Sam zacząłem poznawać góry dzięki rajdom turystycznym organizowanym przez PTTK dla grup szkolnych, z tym że były to już późne lata osiemdziesiąte i czasy zupełnie inne ideologicznie.


Rajd turystyczny im. Węgrzynowicza. Rok 1988 lub 1989. Autor bloga drugi z lewej.
Autor zdjęcia nieznany


Ale były też wymierne następstwa ekonomiczne hossy lat siedemdziesiątych. Ci, którzy wtedy prowadzili schroniska wspominają ten okres z rozrzewnieniem. Problem obłożenia łóżek, a co za tym idzie finansowy, w zasadzie nie istniał. Zawsze pojawiła się na horyzoncie jakaś grupa zorganizowana, która w razie niedostatku turystów indywidualnych ratowała sytuację.
 Z czasem jednak turystyka grupowa zaczęła dominować. W schroniskach robiło się coraz tłoczniej, a ich gospodarze motywowani względami ekonomicznymi  zaczęli faworyzować grupy. Momentami schroniska stawały się swoistymi hotelami wycieczkowymi spychającymi indywidualnego turystę na boczny szlak. Skrajnym przykładem planowego nastawienia na obsługę turystyki grupowej było wybudowanie schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą – choć nazwanie go schroniskiem uznać trzeba za poważne nadużycie. Trzypiętrowy hotel oddano do użytku w 1979 roku z nadzieją na stworzenie ośrodka dla wycieczek ze śląskich zakładów przemysłowych.


Hotel na Przysłopie pod Barania Górą
fot. D.Patraj


KRONIKA WĘDRÓWKI PRZEZ PRZYSŁOP


Z tego co w czasie swoich wędrówek zdążyłem zauważyć i podsłuchać,  podobne motywacje nie są  obce także dzisiejszym gospodarzom schronisk. Klient „grupowy” zawsze będzie dla nich łakomym kąskiem, jako pewniejszy i bardziej dochodowy. Ci którzy mają możliwości i mocniejsze motywacje ekonomiczne orientują swoje działania, aby takiego właśnie klienta przyciągnąć. Kiedy ostatnio (kwiecień 2017) nocowałem w Bacówce pod Honem w Cisnej byłem świadkiem gruntownego remontu, łącznie ze zdzieraniem starych lakierów ze ścian. Wszystko po to żeby uzyskać niezbędne pozwolenia na przyjmowanie w obiekcie "zielonych szkół". Aby to osiągnąć gospodarz zdecydował się nawet zrezygnować z podawania w bufecie piwa, które przecież w takich miejscach jest jedną z kluczowych pozycji przynoszących dochód. W czasie tej samej eskapady nie przyjęto mnie na nocleg w Zajeździe PTTK w Rytrze tłumacząc, że wszystkie miejsca są zajęte przez dzieci na zielonej szkole. Grupy zorganizowane są jak widać także dzisiaj najlepszym sposobem na przetrwanie.
I paradoksalnie, w takim właśnie przedsiębiorczym sposobie rozumowania najemców schronisk należy dopatrywać się jednej z zasadniczych przyczyn powstania górskich „bacówek”.  Kiedy schroniska naruszały bądź modyfikowały swoje regulaminy bacówki miały stanowić przeciwwagę.


czwartek, 5 stycznia 2017

Iwonicz - Smerek. Kronika cz. 2






Środa 12 sierpnia 2015 roku była kolejnym gorącym dniem tamtego lata. Już dzień wcześniej radio nawoływało do niewychodzenia z domów bez pilnej potrzeby, argumentując to realnym ryzykiem wystąpienia słonecznego udaru, zawału i paru innych gwałtownych reakcji organizmu na upał. Przez chwilę nawet próbowałem przejąć się tymi ostrzeżeniami, ale byłem tak nakręcony bliskością celu tej wędrówki, że za nic bym sobie nie wybaczył, gdybym zrezygnował, zwłaszcza z powodu zwykłej, bezosobowej informacji zasłyszanej w mediach. Wychowywałem się przecież w czasach, w których wszyscy wiedzieli, że media kłamią, nawet w tak z pozoru błahych sprawach jak pogoda. Z wielu młodzieńczych przypadłości udało mi się z czasem wyleczyć, jednak ten rodzaj nieufności pozostał mi na szczęście do dziś. Muszę przyznać że przydaje się wyjątkowo często - prawie za każdym razem, kiedy włączam telewizor.
Nie posłuchałem więc podszeptów propagandy i ruszyłem nazajutrz w dalsze odkrywanie czerwonego. Tyle, że wystartowałem z Komańczy godzinę wcześniej niż pierwotnie planowałem. Miałem nadzieję dotrzeć do Cisnej jeszcze przed szesnastą, wyprzedzając popołudniową kulminację upału, dlatego na trasie byłem już o szóstej rano.


Kościół św. Józefa przy szlaku. Jeden z trzech kościołów w Komańczy
By Przykuta - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15718447


 

Pierwsze dwa kilometry to przeskok pomiędzy dolinami Osławy i Osławicy. Szlak prowadzi na wschód, najpierw podniszczonym asfaltem, a po kilkuset metrach schodzi z niego w lewo, w drogę gruntową, przecinając dolinkę potoku Piwnego. Przez chwilę zastanawiam się czy nie pójść dalej asfaltem, który niezależnie od szlaku wiedzie do Prełuk i nie spróbować złapać jakiejś okazji do Duszatyna. Jednak w porę przypominam sobie, że jestem tu po to, aby przejść, a nie przejechać Główny Szlak Beskidzki, więc jakakolwiek podwózka, tym bardziej nie po szlaku, w żadnym razie nie wchodzi w grę. Dalej czerwony wznosi się na grzbiet Smerekowca rozdzielający Osławe i Osławicę na dwa autonomiczne dorzecza. Gdzieś tutaj kończyła się Łemkowyna, a dalej na wschód zaczynały ziemie zamieszkałe przez Bojków. Etnografowie przeprowadzili granicę między tymi dwoma ludami grzbietem Wysokiego Działu, na który właśnie zmierzam. Ale wiadomo też, że dorzecza tych dwóch rzek były obszarem przejściowym, swego rodzaju tyglem, w którym obie kultury przenikały się wzajemnie.
Dojście do Prełuk zajmuje mi niezbyt pospiesznym marszem około 40 minut. Na razie zadziwiająco chłodno. Droga prowadząca cały czas cienistym lasem nie jest zbytnio wymagająca. Do Prełuk nie rozgrzałem się nawet na tyle, żeby ściągnąć kurtkę. Co prawda za chwilę to się zmieni, ale jak do tej pory całkiem przyjemnie.

Komańcza - Przełęcz Żebrak

piątek, 9 grudnia 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione cz. 2


Cerkiew w nieistniejącej wsi Łopienka.
fot. Autor

Powojenny czas to najbardziej dramatyczny okres dla setek tysięcy Rusinów, którzy cierpiąc szykany nie tylko ze strony władz, ale także ludności polskiej, ograbieni ze wszystkiego co było dla nich najcenniejsze – ziemi i domów – wypędzeni zostali ze swej ojcowizny i wywiezieni w bydlęcych wagonach do radzieckich kołchozów daleko w głąb zupełnie obcego kraju. Schemat przebiegu akcji deportacyjnych zaczerpnięto niewątpliwie z doświadczeń, licznie reprezentowanego w ówczesnym wojsku polskim NKWD. Żołnierze otaczali szczelnym kordonem wytypowaną do przesiedlenia wieś, aby nie dopuścić do ucieczki mieszkańców w głąb gór i jednocześnie zabezpieczyć się przed atakiem ukraińskiej partyzantki. Przychodzili po ludzi zazwyczaj nad ranem, kiedy czujność  jest uśpiona a zaskoczenie największe. Ktoś powie, że służby bezpieczeństwa na całym świecie dokonują w ten sposób aresztowań, dzieje się tak jednak w przypadku najbardziej niebezpiecznych przestępców, zdrajców i wrogów. Przypominało to kopie schematu działania sotni UPA, napadających polskie wsie i w gruncie rzeczy prawdopodobnie tym właśnie miało być. Miało być zemstą, tyle że mniej krwawą. W większości bezbronnych i zupełnie niewinnych chłopów potraktowano jak zbrodniarzy, nie dając im najmniejszych szans obrony. Dano im za to kilka godzin na spakowanie dobytku i opuszczenie domów, następnie wywożono wozami do najbliższej stacji kolejowej gdzie czekali na podstawienie składów bydlęcych wyruszających na wschód. Wielu jednak nie zdołało dotrzeć nawet na skraj własnej wsi. Aktom grabieży towarzyszyło bestialstwo i mordy determinowane chęcią zemsty. Zbrodniczość wojskowej krucjaty anty ukraińskiej potwierdza celowe powoływanie do oddziałów deportacyjnych żołnierzy, którzy byli uciekinierami z Wołynia. Jako naoczni świadkowie ukraińskiego bestialstwa mieli przenieść go także na łemkowszczyznę i w Bieszczady. Aresztowano i wywożono w pierwszej kolejności działaczy organizacji społecznych oraz księży i dostojników kościoła greckokatolickiego, próbując wcześniej nakłonić ich do współpracy.
Ten etap pacyfikacji trwał do początków sierpnia 1946 roku
[1]. W czasie tym wyrzucono z Polski 260 tysięcy Ukraińców[2], co razem z wcześniejszym, dobrowolny etapem akcji daje łączną liczbę ok. 480 tysięcy przesiedlonych na wschód – wg oczywiście oficjalnych statystyk. Wobec liczby  505 647 osób narodowości ukraińskiej[3], zamieszkujących powojenne tereny na zachód od linii Curzona, dawałoby to zadziwiającą, dziewięćdziesięcio pięcio procentową skuteczność  od początku przesiedleń.
Zrujnowana cerkiew w Łopience w 1955 roku.
3 maja 1946 roku wysiedlono stąd 326 osób.

Liczby te jednak okazały się w pewnej swej części mocno przeszacowane. Być może już wtedy zaczął kiełkować wśród komunistów zwyczaj „podkręcania” statystyk dla podkreślenia swoich zasług – wszak z ponad 90% statystyką (frekwencja wyborcza, głosy „za” przewodnią rolą partii, wydajność pracy itd.) Polacy będą mieli styczność w nadchodzącym półwieczu jeszcze wielokrotnie.  Jednakże niedokładność w rachunkach spowodowana była w głównej mierze niedocenieniem determinacji pozostania na ojcowiźnie samych – jak się okazało niedoszłych – wysiedleńców.  Część z nich uciekła przed deportacjami w góry, chroniąc się w lesie, wspomagani zapewne przez partyzantkę UPA. Wielu przekraczało granicę Czechosłowacką szukając schronienia u swych pobratymców po południowej stronie Karpat, aby po przejściu oddziałów Wojska Polskiego powrócić do opuszczonych wiosek. Z kolei części z rzeczywiście wysiedlonych  udało się powrócić jako repatrianci ze wschodu, podając się za Polaków. W efekcie w drugiej połowie 1946 roku, w południowo - wschodnich powiatach znalazło się z powrotem przeszło 100 tysięcy Ukraińców[4] , o czym nawet władze lokalne zdawały się nie wiedzieć. Zbliżająca się akcja „Wisła” nastawiona była początkowo na wysiedlenie „niedobitków” ludności pochodzenia ukraińskiego w liczbie nie większej niż 15 – 20 tysięcy. Szacunki te z czasem rosły aż w momencie jej rozpoczęcia osiągnęły liczbę ok. 74 000. Świadczy to dobitnie o kompletnym braku rozeznania  w prawdziwej sytuacji na wysiedlanych terenach. Liczba ta okazała się w rzeczywistości dwukrotnie większa.


 



Nieistniejąca wieś Przybyszów - trzy godziny czerwonym od Komańczy...
fot.Autor



... w 1938 roku liczyła 60 gospodarstw.
Mapa WIG, arkusz Lesko, Warszawa 1938

czwartek, 24 listopada 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione. Cz.1


Cerkiew w nieistniejącej wsi Smolnik. Po wysiedleniach "zniknęło" stad 91 gospodarstw.
fot. Autor
 Dla wędrowców zwracających baczniejszą uwagę na zagadnienia kulturowe ważką przyczyną, stanowiącą o historycznej atrakcyjności Beskidu Niskiego i Bieszczadów jest pewien paradoks. Zwykle najbardziej interesuje nas koloryt danej kultury, jej atmosfera, dźwięki i zapachy, niespotykane gdzie indziej obrazy, no i oczywiście ludzie ze swoimi codziennymi lub odświętnymi zajęciami. Tutaj magnesem przyciągającym prawie całą uwagę obserwatora z zewnątrz jest brak tego wszystkiego. Na wschód od Krynicy wchodzimy w krainę „Beskidu wyludnionego”. Nie da się poznać tutejszej rdzennej kultury w jej naturalnych siedliskach, ponieważ siedlisk tych zwyczajnie już nie ma. Atrakcją stała się dramatyczna pustka. Rdzenni mieszkańcy tej ziemi, przez wieki decydujący o jej charakterze, odeszli stąd razem ze swą kulturą niemal w jednym momencie, pozostawiając ją prawie całkowicie pustą.
To smutne i jednocześnie głęboko prawdziwe. Dramatyczne i spektakularne wydarzenia wyłaniają się dla nas z głębin historii barwniej i ciekawiej, mocniej przykuwając naszą uwagę, uwrażliwiając nas na losy swych bohaterów bardziej, niż czasy spokoju i pozornej monotonii. Jakbyśmy bardziej cenili w życiu grozę, napięcie, skoki adrenaliny a nawet tragedię niż chwile odpoczynku. Może potrzebujemy świadomość tragicznych losów naszych przodków, bo to pozwala nam docenić względny spokój czasów współczesnych? A może ten względny spokój naszego życia wyzwala w nas atawistyczną potrzebę przeżywania dramatu choćby poprzez wgląd w historię?
Tylko nielicznym Łemkom i Bojkom udało się po latach wrócić na ojcowiznę i stworzyć nową społeczność, kultywującą dawne tradycje. Jak do tej pory jest to grupa stosunkowo nieliczna, a przede wszystkim w niemałej mierze już przekształcona etnicznie poprzez asymilację z innymi społecznościami. Prawdziwych Rusinów w polskich Beskidach już prawie nie uświadczysz. Poza tym ci, którzy wrócili pamiętają dawne życie niemal wyłącznie z opowieści rodziców i dziadków, nie jest to więc ich przeszłość, lecz bardziej sentyment do pamięci o przodkach. Jest w tych powrotach zapewne także chęć swego rodzaju zadośćuczynienia poczuciu krzywdy, smutku, tęsknoty, a także złości jaką nieraz widzieli w obliczach swych bliskich na myśl o życiu które musieli zostawić.
Choć minęło już siedem dekad, a współczesna cywilizacja coraz mocniej przekształca tutejszy krajobraz, niemal na każdym kroku stawianym przez wędrowca łemkowszczyzna i bojkowszczyzna dają świadectwo ostatnim chyba chronologicznie, tak ważkim wydarzeniom związanym z II Wojną Światową na ziemiach polskich. Wszak wysiedlenie z macierzy  prawie całej populacji polskich Łemków i Bojków w latach 1944 – 47 należy traktować właśnie jako echo tej wielkiej pożogi, która przetoczyła się w tamtym czasie przez świat.


Tablica pamiątkowa na cerkwi w Chyrowej (Hyrowej)
fot. Autor

Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, które opowiada swoją historię poprzez pustkę. Zazwyczaj tam, gdzie znaczące wydarzenia historyczne odcisnęły swoje piętno, podziwiamy pomniki, muzea, skanseny, miejsca kultu, niekiedy suto zdobione, okraszone wielkością, bogactwem, często niestety także patosem. Tutaj tylko puste doliny wołają o prawdzie. Dawne pola, sady, cerkwiska i gospodarstwa widma, jakby urojenie chorej wyobraźni. Czasem tylko chylące się krzyże, przy których nikt już nie przystaje, prócz zapuszczających się tutaj w poszukiwaniu samotności. Czasem rozstaje dróg, które od dawna już nigdzie nie prowadzą, albo zrujnowane kapliczki w pół drogi między wsiami, których od przeszło półwiecza już nie ma. Nawet gdyby postawić tutaj Ermitaż i Luwr kapiące złotem, nie wpłyną na wrażliwą wyobraźnie tak bardzo jak pustka. Opustoszała dolina, będąca kiedyś domem kilku tysięcy dusz, opowiedzieć może więcej niż dolina królów. W Beskidzie Niskim i Bieszczadach nietrudno odnaleźć miejsca, gdzie niegdyś ludzka gospodarność panowała nad okolicą w postaci ludnych wsi, składających się nierzadko z kilkudziesięciu chałup oraz sadów i pól uprawnych, ciągnących się aż po najwyższe i najtrudniej dostępne partie dolin. Bardzo ciekawych obserwacji dostarczą przedwojenne wojskowe mapy ­(tzw. WIG-ówki), na których dokładnie zaznaczono zasięg dawnej wiejskiej zabudowy. Porównanie ich ze stanem obecnym zazwyczaj jest tak samo zaskakujące, co wzbudzające niedowierzanie. Dzisiaj o przejawach życia decyduje tutaj wyłącznie przyroda, pochłaniająca ludzki dorobek i zacierająca jego ślady tak dokładnie, że nieświadomy wędrowiec przechodzi obok miejsc gdzie stały chyże, młyny i cerkwie, zupełnie tego nie zauważając. W większości takich miejsc tylko ukształtowanie terenu oraz roślinność charakterystyczna dla wtórnego zarastania obszarów opuszczonych przez człowieka, zdradza ich niegdysiejsze przeznaczenie.

Pozostałość cerkwiska w Berehach Górnych.
fot. Autor

 

czwartek, 10 listopada 2016

Wołosate - Ustrzyki Górne / Smerek - Berehy Górne. Kronika


 







Wtorek. 15.07.2014 WOŁOSATE - USTRZYKI GÓRNE

Wobec alternatywy ujeżdżania konia huculskiego w jego mateczniku w Wołosatem, moja propozycja kolejnej wędrówki górskiej nie miała najmniejszych szans powodzenia. Moje dziewczyny, a zwłaszcza Natalia, polubiły konie na tyle, że jak tylko nadarzy się okazja rzucają wszystko aby móc się nimi nacieszyć. Świadom tego nie nalegałem zbytnio, zwłaszcza, że trasę, którą planowałem przeszły już dwa lata temu i nie specjalnie garnęły się do powtórki. Ja zaś mógłbym powtarzać ją co rok.
Jeśli w stosunku do któregoś z odcinków czerwonego trzeba by było użyć popularnego dziś określenia "kultowy", to na pewno należałoby wybrać właśnie ten. Ścieżka średnio długa, bo na około siedem godzin - z dziećmi trochę więcej – ale potrafiąca nieźle zmęczyć, zwłaszcza na pierwszym 3-godzinnym podejściu na Halicz, a potem dołożyć jeszcze między Przełęczą Goprowską a Tarnicą. Trasa krajobrazowo niedościgniona, przynajmniej jeśli chodzi o pejzaże beskidzkie, bo nawet skalista Babia Góra nie jest tak rozległa i urozmaicona jak Gniazdo Tarnicy. W ciągu jednego dnia wędruje się w obrębie przynajmniej czterech wybitnych kulminacji ozdobionych połoniną i wychodniami skalnymi. Dla miłośników Beskidów prawdziwa Arkadia. Trasa z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec, Halicz, Przełęcz Goprowską, Tarnicę, Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. Pierwszy, lub jak kto woli ostatni odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przy parkingu w Wołosatym czerwony zawraca do Ustronia.



fot. Autor




Od prawej Halicz, Kopa Bukowska i Krzemień.
fot. Autor





Na start w Wołosatem docieram busem, dosyć późno jak na moje standardy, bo dopiero o 8:30.  Zazwyczaj wolę wychodzić wcześniej bo i ludzi na szlaku mniej, i w upale smażyć się trzeba krócej. Poza tym mam więcej czasu na wszystko, co daje mi komfort niespiesznego wędrowania. Dzień zapowiadał się ciepło i słonecznie.
Ilekroć przyszło mi wędrować przez opuszczone bieszczadzkie wsie, tyle razy nie mogłem się nadziwić, że kiedyś żyli tutaj ludzie. Zaraz potem przychodziło jeszcze większe zdziwienie, a nawet gniew, że już ich tutaj nie ma. Że ktoś jednym rozkazem wypędził stąd życie, pozostawiając puste pola i sady. I że zrobił to tak skutecznie, że aż do tej pory łemkowskie i bojkowskie osiedla zieją ciszą i pustką. Wołosate jest dla mnie szczególnym przypadkiem takiej wioski, może dlatego, że o niej znalazłem najwięcej informacji historycznych.

Najbardziej obrazowo będzie powiedzieć, że jeśli zaczynamy wędrówkę czerwonym w dzisiejszym centrum wsi, obok jedynego tutaj sklepu i kierujemy się drogą na południowy-wschód, to przez pierwsze 2,5 kilometra powinniśmy iść przez obszar gęsto zabudowany. Tymczasem nie ma tam nic. Poza starym cerkwiskiem i budką kasową BdPN tylko niezagospodarowane pola i łąki. Przed druga wojną światową Wołosate liczyło 182 gospodarstwa, w których mieszkało ponad 200 rodzin, co daje lekko licząc około tysiąca dusz. Była to z pewnością najludniejsza z bojkowskich wsi w naszych górach. Większość domostw pobudowana była powyżej cerkwi. Zagrody ciągnęły się aż do potoku Zworec na tzw. Wyżnim Końcu. Teraz powyżej cerkwi  zaczyna się już pustkowie, gdzie zaglądają co najwyżej spragnieni przygód turyści i pogranicznicy.



Zabudowa Wołosatego w 1937 roku.
Źródło: Mapa WiG, Dźwiniacz Górny, Warszawa 1937.



Wołosate dziś.
Źródło: Wydawnictwo Compass
Co się stało z mieszkańcami?...

czwartek, 3 listopada 2016

Berehy Górne - Ustrzyki Górne. Kronika







Bieszczady są dla mnie wyjątkowym zakątkiem tego ziemskiego padołu. Wyrywam się tutaj ilekroć tylko nadarzy się okazja, a gdy biesy planów nie pokrzyżują, melduje się na połoninach zawsze z tą samą ochotą od lat. Mogę uczciwie powiedzieć, że oprócz moich rodzinnych stron, jest to jedyne miejsce, które w planach mam w zasadzie zawsze. Każdego roku wypatruję tylko pretekstu i czasowych możliwości, aby zanurzyć się w te buczynowe pagóry na wschodnim krańcu mapy. Na szczęście udaje się to dosyć regularnie – zawsze jednak zbyt rzadko - dzięki czemu kilka tamtejszych ścieżek udało się już wydeptać.
Bieszczadzkie szlakowydeptywanie...
Fot. Autor
 


Czerwony zajmował wśród nich zawsze miejsce szczególne. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ileż to razy przemierzałem Główny Szlak "Bieszczadzki", bo część z tych peregrynacji odbywała się jeszcze w czasach kiedy nie robiłem zdjęć, ani nie rejestrowałem przejść w książeczkach GOT. A sama pamięć, zwłaszcza taka jak moja, to stanowczo za mało aby opowiedzieć coś ciekawego. Dlatego miałem niemały kłopot, żeby do opisu przejścia GSB wybrać te wędrówki, które byłyby najbardziej odpowiednie. Ostatecznie zdecydowałem się na opisanie przejść ostatnich chronologicznie, z 2014 i 2015 roku, ponieważ najlepiej wpiszą się w ramy czasowe całej opowieści o wydeptywaniu czerwonego na tym blogu. Rozpoczął się ten wątek w 2012 roku w Ustroniu, więc logicznie będzie skończyć go w Wołosatem nieco później. Poza tym wcześniejsze wypady nie są zbyt bogate fotograficznie, a przynajmniej nie na tyle, żeby należycie dopełnić obraz całości.
Ten opis czerwonoszlakowego wędrowania będzie nieco różnił się od poprzednich. Po pierwsze, nie będzie to wędrówka z nocowaniem na trasie. "Zachodnie" przebiegi czerwonego przy wędrówkach kilkudniowych w zasadzie wymuszają rozplanowanie spania po drodze. Bieszczadzkie odcinki GSB pomiędzy Wołosatym a Cisną znajdują się na tyle blisko siebie, że możliwe jest „obsłużenie” ich z jednego punktu noclegowego.

TUTAJ poprzednia kronika KRYNICA - IWONICZ

Dla mnie najlepszą bazą wypadową zawsze były Ustrzyki Górne i różne konfiguracje przemierzanych tras tradycyjnie oscylowały wokół nich. Taki sposób wędrowania jest nieco łatwiejszy fizycznie (mniejszy bagaż, mniejsze dzienne odcinki do pokonania), za to bardziej wymagający logistycznie, bo na każdy dzień trzeba zapewnić sobie transport w inne miejsce. Na szczęście w ostatnich latach między Tarnicą a Chryszczatą nie ma już z tym żadnych problemów dzięki dobrej komunikacji autobusowej. I jeśli ten stan się nie zmieni dalej pewnie będę poznawał Bieszczady w ten sposób.
Po drugie nie będę już sam. Operacja Ustrzyki w ostatnich latach jest u nas przedsięwzięciem rodzinnym. Opisy przejść w niektórych miejscach będą więc wzbogacone o nowych bohaterów - a raczej bohaterki – dzięki czemu akcja dramatu powinna zyskać na wartości. Wbrew temu co wyśpiewywał Grzegorz Markowski w „Autobiografii” nie było nas trzech a czworo, ale rzeczywiście jeden przyświecał nam cel - niespieszne wędrowanie i odpoczynek.

Spokojne odpoczywanie... na Caryńskiej

piątek, 12 lutego 2016

Pasterze i rabusie - Bojkowie cz.2




Poszczególne grupy etnograficzne zamieszkujące obszary beskidzkie wypracowywały niezależne sposoby gospodarowania, mimo niewątpliwie wielu cech wspólnych, łączących ich na tej płaszczyźnie. Każda z nich jakby nie bacząc na swoich sąsiadów i wspólne z nimi pochodzenie, osiedlając się w górach  modyfikowała wzorce zaczerpnięte w tym zakresie z tradycji, dostosowując je przede wszystkim do zastanych warunków środowiskowych, ale również upodobań odziedziczonych po przodkach. Bardzo dobrze widać to na przykładzie trzech grup kulturowych gospodarujących w Beskidach Wschodnich i Środkowych: Hucułów, Bojków i Łemków. Wszystkie wywodzą się ze wspólnych źródeł kulturowych i stanowią połączenie cech żywiołów Ruskiego i Wołoskiego, które zetknęły się ze sobą właśnie tu, w Karpatach, gdzieś w połowie ubiegłego tysiąclecia lub nawet nieco wcześniej. Wszystkie więc mają jednakie pochodzenie i tworzyły się mniej więcej w tym samym czasie. Wszystkie dziedziczyły te same sposoby na przetrwanie, jednak w konsekwencji rozwinęły się nieco inaczej i nieco inne elementy gospodarki ważyły o ich losie. Łemkowie stawiali najmocniej na rolnictwo i rzemiosło. Początkowo czerpali też znaczne korzyści z gospodarki drzewnej,  natomiast pasterstwo było jedynie zajęciem dodatkowym. U Hucułów dominujące znaczenie miały pasterstwo i eksploatacja lasu, choć rolnictwo także stanowiło istotny dodatek do całości gospodarki, która tutaj wydawała się najlepiej wyważona ze wszystkich. Niejako zwieńczeniem jej oryginalności była hodowla konia huculskiego, gdzie indziej pierwotnie niespotykana. Bojkowie natomiast także postawili na pasterstwo, lecz u nich z kolei niecodzienny – jak na warunki Beskidzkie – okazał się jego przedmiot: wół, który prawie całkowicie zdominował gospodarowanie w Bieszczadach.


Zasięg osadnictwa Bojków.
Oprac. Autor
 

Takie gospodarcze zróżnicowanie świadczy o kilku zasadniczych uwarunkowaniach, rządzących historycznymi procesami kulturotwórczymi w tej części Karpat. Po pierwsze, w warunkach ograniczonych możliwości komunikacyjnych pomiędzy poszczególnymi społecznościami, trudnodostępne pasma górskie stanowiły nie tylko granice terytorialne danej kultury, ale również, jak się wydaje, jeśli nie izolowały, to przynajmniej filtrowały gospodarcze wpływy kultur sąsiednich. Przynajmniej takie można by odnieść wrażenie patrząc na różne ścieżki rozwoju tych trzech Karpackich grup kulturowych. Rozwijały się one niezależnie, dopracowując się własnych, często oryginalnych metod gospodarczych. Wygląda to tak jakby niechętnie podglądano sąsiadów, starając się przede wszystkim dbać o własną niezależność i oryginalność. Jedynie elementy wniesione do gospodarki przez Wołochów wydają się jednakowe bądź podobne (niektóre narzędzia, metody wypasu itp.), reszta zaś pozostaje odrębna, modyfikując w zależności od warunków środowiskowych.
W tym miejscu zasadne staje się pytanie: w jakim stopniu góry (warunki środowiska górskiego) wpływały na odrębność gospodarczą społeczności tu żyjących? Czy rzeczywiście aż tak bardzo dzieliły?

piątek, 15 stycznia 2016

Pasterze i rabusie - Bojkowie cz.1


 Nawiązanie do tytułu jednego z dawnych polskich seriali historycznych nie jest tutaj sprawą przypadkową. Wszak jego akcja toczy się w wieku XVII, a więc w czasie kiedy społeczności beskidzkie okrzepły już na swych górskich rubieżach, gdzie z coraz większym zamiłowaniem łączyć zaczęły pasterstwo z rabowaniem. Bohaterowie filmu już w pierwszej scenie, przejeżdżając przez góry ostrzegają o konieczności trzymania szabli w pogotowiu, czyniąc aluzję do złodziejskich zwyczajów tam panujących. Nasza zaś opowieść snuje się wokół życia ludzi, którzy obok niezależności, silnej woli i determinacji przetrwania, musieli wykazywać się niekiedy również walecznością, sprytem, odwagą, ale także bezwzględnością. Tak więc większością cech przynależnym zarówno rycerzom, jak i rabusiom. Ludzi, którzy często grali podwójne role, jednocześnie prawych i honorowych obywateli, oraz zdolnych do niegodziwości zbójów. Ludzi, dla których pojęcia rycerskości i honoru miały swoje bardzo subiektywne znaczenie, niekoniecznie zbieżne z naszym pojmowaniem tych cech. Mowa tutaj o tych, którzy jednego dnia wypasali owce, kniaziowali lub nawet prowadzili nabożeństwa, aby nazajutrz grasować po gościńcach i górskich halach, rabując dla poratowania w biedzie, dla zemsty, z zawiści, bądź ze zwykłej chęci wzbogacenia. Jeśli spojrzeć na społeczność Bojkowską z odpowiedniego dystansu można dojść do przekonania, że w zasadniczej swej części dzieliło się właśnie na pasterzy i rabusi – zwłaszcza gdy księży uznamy za pasterzy dusz, a kniaziów za pasterzy ciał. Zastrzec tu jednak trzeba, że pasterze wyjątkowo zwinnie przeistaczali się w rabusiów, aby za chwilę równie szybko stać się z powrotem pasterzami.
Ktoś powie, że właściwie całe Beskidy roją się od zbójnickich opowieści, a zdobywanie łupów w górskim rabowaniu wcale nie było domeną Bojków. To oczywiście prawda. W poprzednich wiekach większość terenów górskich– z resztą nie tylko karpackich – zagrożonych było tym procederem i każdy kto planował przemierzyć górskie przełęcze musiał się z nim liczyć. Jednak wśród społeczności wschodniobeskidzkich zwraca uwagę powszechność tego zjawiska, a niekiedy nawet jego kult. Bojkowie z pewności byli wśród tych, którzy wydatnie przyczynili się do jego rozwoju.
 


Opracowanie autorskie.


czwartek, 31 grudnia 2015

Woda w Beskidzie - Główny Wododział Europejski


Większość grup górskich Beskidów Zachodnich w przebiegu Głównego Szlaku Karpackiego, za wyjątkiem Gorców i Beskidu Sądeckiego, stanowi element europejskiego wododziału – umownej granicy pomiędzy zlewniami europejskich mórz północnych i południowych. Najogólniej rzecz ujmując, mniej więcej równoleżnikowo, ciągnie się poprzez całą Europę demarkacja usankcjonowana wyłącznie prawami fizyki, rozdzielająca europejski ląd na dwie części. Z pierwszej, zasadniczo północnej, woda odprowadzana jest  do zbiorników wodnych u północnych wybrzeży naszego kontynentu, a więc oceanów Atlantyckiego i Arktycznego, poprzez morza: Północne, Norweskie, Bałtyckie, Białe, Barentsa i Karskie (licząc oczywiście z zachodu na wschód, zgodnie z logiką tego opracowania). Druga, południowa część odpowiada za dostarczenie wody do zbiorników południowych: Morza Śródziemnego, Czarnego i Kaspijskiego. Praktycznie więc każda kropla deszczu spadająca na północ od wododziału albo wyparowuje, albo wpada w końcu do zbiorników północnych. Te zaś, które lądują na południe od niego, kres swego wędrowania znajdują w ciepłych morzach południowych.
Na teren Polski wododział europejski wkracza od południowego - zachodu w Beskidzie Śląskim, w okolicy miejscowości  Jaworzynka
[1], kilka kilometrów na południe od Istebnej. Tutaj zagłębia się nieznacznie w obszar Polski po linię Istebna - Koniaków, aby zaraz dołączyć do pasma granicznego na przełęczy Zwardońskiej.
Dla naszych potrzeb trzeba zaznaczyć, że Główny Szlak Beskidzki dociera do granicy wododziałowej na kulminacji Trzy Kopce między Halą Rysianką i Halą Miziową w Beskidzie Żywieckim i zasadniczo wędruje zgodnie z jego przebiegiem aż do Policy. Wyjątki stanowią na tym odcinku dwa odejścia czerwonego szlaku od grzbietu głównego: do schroniska na Hali Miziowej omijające szczyt Pilska oraz do schroniska na Markowych Szczawinach z pominięciem Małej Babiej Góry (Cyl).



Widok na Trzy Kopce (pierwsza kulminacja na drugim planie.
fot. Autor
Polica.
Tutaj szlak czerwony opuszcza wododział.
fot. Autor 


Na Policy Główny Szlak Beskidzki opuszcza wododział i spotyka się z nim dopiero na samym końcu swojej polskiej wędrówki, na bieszczadzkiej Przełęczy Bukowskiej, kilka kilometrów przed Wołosatem. Dawniej, gdy jeszcze można było wędrować Głównym Szlakiem Karpackim, znaki czerwone wiodły po wododziale także między Przełęczą Tylicką w Beskidzie Niskim, a południowymi stokami Wielkiej Rawki w Bieszczadach. Szlak poprowadzony był wtedy grzbietem wododziałowym wzdłuż granicy z ówczesną Czechosłowacją. Znaki czerwone porzucały wododział dopiero na Przełęczy Użockiej.
Przełęcz Bukowska.
Widoczną drogą do 1939 roku szlak czerwony wraz z wododziałem podążał na Przełęcz Użocką.

fot. Autor