Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁEMKOWIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁEMKOWIE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione cz. 2


Cerkiew w nieistniejącej wsi Łopienka.
fot. Autor

Powojenny czas to najbardziej dramatyczny okres dla setek tysięcy Rusinów, którzy cierpiąc szykany nie tylko ze strony władz, ale także ludności polskiej, ograbieni ze wszystkiego co było dla nich najcenniejsze – ziemi i domów – wypędzeni zostali ze swej ojcowizny i wywiezieni w bydlęcych wagonach do radzieckich kołchozów daleko w głąb zupełnie obcego kraju. Schemat przebiegu akcji deportacyjnych zaczerpnięto niewątpliwie z doświadczeń, licznie reprezentowanego w ówczesnym wojsku polskim NKWD. Żołnierze otaczali szczelnym kordonem wytypowaną do przesiedlenia wieś, aby nie dopuścić do ucieczki mieszkańców w głąb gór i jednocześnie zabezpieczyć się przed atakiem ukraińskiej partyzantki. Przychodzili po ludzi zazwyczaj nad ranem, kiedy czujność  jest uśpiona a zaskoczenie największe. Ktoś powie, że służby bezpieczeństwa na całym świecie dokonują w ten sposób aresztowań, dzieje się tak jednak w przypadku najbardziej niebezpiecznych przestępców, zdrajców i wrogów. Przypominało to kopie schematu działania sotni UPA, napadających polskie wsie i w gruncie rzeczy prawdopodobnie tym właśnie miało być. Miało być zemstą, tyle że mniej krwawą. W większości bezbronnych i zupełnie niewinnych chłopów potraktowano jak zbrodniarzy, nie dając im najmniejszych szans obrony. Dano im za to kilka godzin na spakowanie dobytku i opuszczenie domów, następnie wywożono wozami do najbliższej stacji kolejowej gdzie czekali na podstawienie składów bydlęcych wyruszających na wschód. Wielu jednak nie zdołało dotrzeć nawet na skraj własnej wsi. Aktom grabieży towarzyszyło bestialstwo i mordy determinowane chęcią zemsty. Zbrodniczość wojskowej krucjaty anty ukraińskiej potwierdza celowe powoływanie do oddziałów deportacyjnych żołnierzy, którzy byli uciekinierami z Wołynia. Jako naoczni świadkowie ukraińskiego bestialstwa mieli przenieść go także na łemkowszczyznę i w Bieszczady. Aresztowano i wywożono w pierwszej kolejności działaczy organizacji społecznych oraz księży i dostojników kościoła greckokatolickiego, próbując wcześniej nakłonić ich do współpracy.
Ten etap pacyfikacji trwał do początków sierpnia 1946 roku
[1]. W czasie tym wyrzucono z Polski 260 tysięcy Ukraińców[2], co razem z wcześniejszym, dobrowolny etapem akcji daje łączną liczbę ok. 480 tysięcy przesiedlonych na wschód – wg oczywiście oficjalnych statystyk. Wobec liczby  505 647 osób narodowości ukraińskiej[3], zamieszkujących powojenne tereny na zachód od linii Curzona, dawałoby to zadziwiającą, dziewięćdziesięcio pięcio procentową skuteczność  od początku przesiedleń.
Zrujnowana cerkiew w Łopience w 1955 roku.
3 maja 1946 roku wysiedlono stąd 326 osób.

Liczby te jednak okazały się w pewnej swej części mocno przeszacowane. Być może już wtedy zaczął kiełkować wśród komunistów zwyczaj „podkręcania” statystyk dla podkreślenia swoich zasług – wszak z ponad 90% statystyką (frekwencja wyborcza, głosy „za” przewodnią rolą partii, wydajność pracy itd.) Polacy będą mieli styczność w nadchodzącym półwieczu jeszcze wielokrotnie.  Jednakże niedokładność w rachunkach spowodowana była w głównej mierze niedocenieniem determinacji pozostania na ojcowiźnie samych – jak się okazało niedoszłych – wysiedleńców.  Część z nich uciekła przed deportacjami w góry, chroniąc się w lesie, wspomagani zapewne przez partyzantkę UPA. Wielu przekraczało granicę Czechosłowacką szukając schronienia u swych pobratymców po południowej stronie Karpat, aby po przejściu oddziałów Wojska Polskiego powrócić do opuszczonych wiosek. Z kolei części z rzeczywiście wysiedlonych  udało się powrócić jako repatrianci ze wschodu, podając się za Polaków. W efekcie w drugiej połowie 1946 roku, w południowo - wschodnich powiatach znalazło się z powrotem przeszło 100 tysięcy Ukraińców[4] , o czym nawet władze lokalne zdawały się nie wiedzieć. Zbliżająca się akcja „Wisła” nastawiona była początkowo na wysiedlenie „niedobitków” ludności pochodzenia ukraińskiego w liczbie nie większej niż 15 – 20 tysięcy. Szacunki te z czasem rosły aż w momencie jej rozpoczęcia osiągnęły liczbę ok. 74 000. Świadczy to dobitnie o kompletnym braku rozeznania  w prawdziwej sytuacji na wysiedlanych terenach. Liczba ta okazała się w rzeczywistości dwukrotnie większa.


 



Nieistniejąca wieś Przybyszów - trzy godziny czerwonym od Komańczy...
fot.Autor



... w 1938 roku liczyła 60 gospodarstw.
Mapa WIG, arkusz Lesko, Warszawa 1938

czwartek, 24 listopada 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione. Cz.1


Cerkiew w nieistniejącej wsi Smolnik. Po wysiedleniach "zniknęło" stad 91 gospodarstw.
fot. Autor
 Dla wędrowców zwracających baczniejszą uwagę na zagadnienia kulturowe ważką przyczyną, stanowiącą o historycznej atrakcyjności Beskidu Niskiego i Bieszczadów jest pewien paradoks. Zwykle najbardziej interesuje nas koloryt danej kultury, jej atmosfera, dźwięki i zapachy, niespotykane gdzie indziej obrazy, no i oczywiście ludzie ze swoimi codziennymi lub odświętnymi zajęciami. Tutaj magnesem przyciągającym prawie całą uwagę obserwatora z zewnątrz jest brak tego wszystkiego. Na wschód od Krynicy wchodzimy w krainę „Beskidu wyludnionego”. Nie da się poznać tutejszej rdzennej kultury w jej naturalnych siedliskach, ponieważ siedlisk tych zwyczajnie już nie ma. Atrakcją stała się dramatyczna pustka. Rdzenni mieszkańcy tej ziemi, przez wieki decydujący o jej charakterze, odeszli stąd razem ze swą kulturą niemal w jednym momencie, pozostawiając ją prawie całkowicie pustą.
To smutne i jednocześnie głęboko prawdziwe. Dramatyczne i spektakularne wydarzenia wyłaniają się dla nas z głębin historii barwniej i ciekawiej, mocniej przykuwając naszą uwagę, uwrażliwiając nas na losy swych bohaterów bardziej, niż czasy spokoju i pozornej monotonii. Jakbyśmy bardziej cenili w życiu grozę, napięcie, skoki adrenaliny a nawet tragedię niż chwile odpoczynku. Może potrzebujemy świadomość tragicznych losów naszych przodków, bo to pozwala nam docenić względny spokój czasów współczesnych? A może ten względny spokój naszego życia wyzwala w nas atawistyczną potrzebę przeżywania dramatu choćby poprzez wgląd w historię?
Tylko nielicznym Łemkom i Bojkom udało się po latach wrócić na ojcowiznę i stworzyć nową społeczność, kultywującą dawne tradycje. Jak do tej pory jest to grupa stosunkowo nieliczna, a przede wszystkim w niemałej mierze już przekształcona etnicznie poprzez asymilację z innymi społecznościami. Prawdziwych Rusinów w polskich Beskidach już prawie nie uświadczysz. Poza tym ci, którzy wrócili pamiętają dawne życie niemal wyłącznie z opowieści rodziców i dziadków, nie jest to więc ich przeszłość, lecz bardziej sentyment do pamięci o przodkach. Jest w tych powrotach zapewne także chęć swego rodzaju zadośćuczynienia poczuciu krzywdy, smutku, tęsknoty, a także złości jaką nieraz widzieli w obliczach swych bliskich na myśl o życiu które musieli zostawić.
Choć minęło już siedem dekad, a współczesna cywilizacja coraz mocniej przekształca tutejszy krajobraz, niemal na każdym kroku stawianym przez wędrowca łemkowszczyzna i bojkowszczyzna dają świadectwo ostatnim chyba chronologicznie, tak ważkim wydarzeniom związanym z II Wojną Światową na ziemiach polskich. Wszak wysiedlenie z macierzy  prawie całej populacji polskich Łemków i Bojków w latach 1944 – 47 należy traktować właśnie jako echo tej wielkiej pożogi, która przetoczyła się w tamtym czasie przez świat.


Tablica pamiątkowa na cerkwi w Chyrowej (Hyrowej)
fot. Autor

Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, które opowiada swoją historię poprzez pustkę. Zazwyczaj tam, gdzie znaczące wydarzenia historyczne odcisnęły swoje piętno, podziwiamy pomniki, muzea, skanseny, miejsca kultu, niekiedy suto zdobione, okraszone wielkością, bogactwem, często niestety także patosem. Tutaj tylko puste doliny wołają o prawdzie. Dawne pola, sady, cerkwiska i gospodarstwa widma, jakby urojenie chorej wyobraźni. Czasem tylko chylące się krzyże, przy których nikt już nie przystaje, prócz zapuszczających się tutaj w poszukiwaniu samotności. Czasem rozstaje dróg, które od dawna już nigdzie nie prowadzą, albo zrujnowane kapliczki w pół drogi między wsiami, których od przeszło półwiecza już nie ma. Nawet gdyby postawić tutaj Ermitaż i Luwr kapiące złotem, nie wpłyną na wrażliwą wyobraźnie tak bardzo jak pustka. Opustoszała dolina, będąca kiedyś domem kilku tysięcy dusz, opowiedzieć może więcej niż dolina królów. W Beskidzie Niskim i Bieszczadach nietrudno odnaleźć miejsca, gdzie niegdyś ludzka gospodarność panowała nad okolicą w postaci ludnych wsi, składających się nierzadko z kilkudziesięciu chałup oraz sadów i pól uprawnych, ciągnących się aż po najwyższe i najtrudniej dostępne partie dolin. Bardzo ciekawych obserwacji dostarczą przedwojenne wojskowe mapy ­(tzw. WIG-ówki), na których dokładnie zaznaczono zasięg dawnej wiejskiej zabudowy. Porównanie ich ze stanem obecnym zazwyczaj jest tak samo zaskakujące, co wzbudzające niedowierzanie. Dzisiaj o przejawach życia decyduje tutaj wyłącznie przyroda, pochłaniająca ludzki dorobek i zacierająca jego ślady tak dokładnie, że nieświadomy wędrowiec przechodzi obok miejsc gdzie stały chyże, młyny i cerkwie, zupełnie tego nie zauważając. W większości takich miejsc tylko ukształtowanie terenu oraz roślinność charakterystyczna dla wtórnego zarastania obszarów opuszczonych przez człowieka, zdradza ich niegdysiejsze przeznaczenie.

Pozostałość cerkwiska w Berehach Górnych.
fot. Autor

 

czwartek, 6 października 2016

KRYNICA - IWONICZ. Kronika








Za każdym razem kiedy wyruszam w drogę moja skóra uwrażliwia się na bodźce z zewnątrz. Mam przeczucie, że zaczyna się coś wyjątkowego. Niezależnie od tego, czy jadę do sąsiedniego miasta, czy w dalekie kraje dopada mnie specyficzne ożywienie, jakbym odkrywał nowy, nieznany dotąd rozdział ulubionej książki. Jakby ktoś podarował mi ten czas podróży w prezencie, jako niespodziewany bonus do szarości życia. To ożywienie potrafi przerodzić się czasem w fascynację, a nawet entuzjazm, ale do tego musi być spełniony jeden warunek. Droga musi prowadzić w nieznane. W nieznanym horyzoncie jest jakiś nieodparty urok, który kusi i podnieca wyjątkowo mocno, wzywając do założenia plecaka i odkrycia jego zagadek.
Taki właśnie nieodgadniony horyzont czekał na mnie, kiedy wyruszałem z Krynicy na wschód, na kolejny odcinek czerwonego.


TUTAJ opis poprzedniego etapu Krościenko - Krynica

W Beskidzie Niskim nie byłem dotąd nigdy i choć czytałem o nim wiele i niejedną mapę przed wyjściem przejrzałem, wiedziałem że idę w nieznane. Bo żaden opis ani najlepsza mapa nie zastąpią własnych zmysłów.







Dzień 1. Krynica - Iwonicz


15 maja około godziny 10:00 wyruszyłem więc z Krynickiego deptaku pełen nadziei na ciekawą przygodę. Zaczęło się małym falstartem, bo musiałem cofnąć się ze szlaku o dobry kilometr, aby znaleźć śmiałka, który odważyłby się wbić do mojej książeczki GOT pieczątkę. Chodziłem od sklepu do sklepu i usilnie prosiłem, ale niezmiennie trafiałem na mur obojętności. Jakby pieczątka firmowa była dla ludzi największym skarbem, który za wszelką cenę należy chronić przed obcymi. Założę się, że nie jeden plecakowicz błąkał się po centrum tego kurortu w poszukiwaniu pieczęci, bo sprzedawcy doskonale wiedzieli o co chodzi. Ale pieczęci dać nie chcieli. Nie bo nie. I koniec. Po kilku nieudanych próbach zszedłem na sam dół  Bulwaru Dietla, gdzie naprzeciwko Starych Łazienek mieści się punkt informacji turystycznej. Tylko tam znalazł się odważny człowiek, który poratował w potrzebie.



Pensjonat "Patria" - symbol Krynicy
fot. Autor


Tak oto straciwszy prawie godzinkę na dreptaniu po mieście mogłem w końcu zająć się tym, po co tu przyjechałem. Przy ulicy Pułaskiego, powyżej sławetnego pensjonatu Patria, odnalazłem szlakowskaz i szeroką ścieżkę, która wyprowadza czerwony szlak na wzgórze Huzary (864 m). Ten odcinek jest ponoć bardzo popularny wśród kuracjuszy, jako ścieżka spacerowa. Tym razem jednak zajęli się najwyraźniej innymi aspektami uzdrowiskowego życia, bo żadnego z nich nie spotkałem. Już od samego początku musiałem przyzwyczaić się do tego, że czerwony będzie wyłącznie do mojej dyspozycji. I tak w zasadzie było – z małymi wyjątkami – aż do Iwonicza.

Pierwsza godzina wędrówki zawsze jest dla mnie „kryzysowa”, więc podejścia na Huzary także nie będę zbyt dobrze wspominał, choć nie było specjalnie długie i strome. Zazwyczaj rozkręcam się dopiero po kilku kilometrach, dlatego miałem nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej. Zwłaszcza, że pogoda sprzyjała, a droga przede mną nie obfitowała w wybitne kulminacje. Huzary to najwyższy punkt na dzisiejszej trasie, a i dolinki na niej niezbyt głębokie. Ponieważ pierwszy nocleg zaplanowałem w Hańczowej, do przejścia miałem jedynie 23 kilometry i trudno było się spodziewać większych problemów. Jedyne moje obawy dotyczyły orientacji w terenie. Przed wyjazdem zasłyszałem, że w wielu miejscach tych gór oznakowanie szlaków nie jest najlepsze i łatwo je zgubić. Dlatego zaopatrzyłem mojego smartfona w odpowiednią mapkę z naniesionymi szlakami i miałem nadzieję, że z pomocą GPS’a będę mógł się jakoś z ewentualnego kłopotu wyratować. Choć nowinek technologicznych nie lubię, muszę przyznać, że wynalazek ten sprawdził się znakomicie. W czasie tych pięciu dni wędrówki gubiłem szlak kilkakrotnie, ale bardzo szybko go odnajdywałem, bo dzięki GPS dokładnie wiedziałem gdzie jestem. Skoro telefon w kieszeni i tak mieć muszę, nie zawadzi korzystać z niego dla lepszej orientacji.
Wiele słyszałem o sielskich krajobrazach Beskidu Niskiego i pierwszą ich próbkę mogłem podziwiać już na wschodnich zboczach Huzarów. Gdy skończył się las wyłonił się pejzaż łagodnie pofalowanych wzgórz, gdzieniegdzie tylko porośniętych drzewami.



Beskidzka kraina łagodności.
fot. Autor


W większości przykrywał je kobierzec równo skoszonych łąk, schodzących w dół ku rozsianym w dolinie zabudowaniom. A wszystko to zatopione w cywilizacyjnej ciszy. Tylko szum wiatru i pogwizdywanie ptactwa zdziwionego obecnością człowieka. Dopiero w pobliżu wsi dołączają do nich odgłosy gospodarskie i szum przetaczających się drogą na Tylicz samochodów. Te gospodarstwa, to pierwsza z wielu na mojej drodze wsi – Mochnaczka Niżna. Tak oto wkroczyłem na Łemkowynę.
Tuż ponad wsią odnajduję miejsce, gdzie przed wojną szlak czerwony odbijał w prawo, by przekroczyć dolinę Mochnaczki 1,5 kilometra wyżej, niż ma to miejsce dzisiaj.

TUTAJ historia Głównego Szlaku Karpackiego

Dalej, tam gdzie teraz prowadzą znaki zielone wspinał się na grzbiet wododziałowy i prowadził nim aż w Bieszczady. Współcześnie, czerwony sprowadza do doliny malowniczymi polami, by wkroczyć do wsi przez kładkę z betonowych słupów telefonicznych. Po takim moście jeszcze nie przechodziłem i trudno mi wyobrazić sobie, jak miałoby to wyglądać po ulewnych deszczach. Po raz kolejny cieszę się, że na wędrówkę wybrałem suchy i ciepły maj.



Most do Łemkowyny.
fot. Autor


Ciąg Dalszy pod "Czytaj Więcej"


czwartek, 17 marca 2016

Łemkowie - w poszukiwaniu Łemkowyny.



Łemkowyna to dla mnie wielce tajemnicza kraina. Wiele o niej słyszałem, potrafię wskazać ją na mapie, mogę opowiedzieć jej historię i opisać jej mieszkańców, ale nigdy nie będę wiedział czym była naprawdę. Mogę przemierzyć ja wszerz i wzdłuż, odnajdywać co rusz jej ślady, a mimo to nie spotkam jej ani razu. Jest jak starożytna cywilizacja, która upadła gwałtownie, znikając niemal zupełnie. 
Owszem, jest ziemia, są doliny i otaczające je góry, ale ich pejzaż zmienił się przez ostatnie dziesięciolecia zupełnie. Ludne kiedyś okolice zieją pustką a Łemkowie już nie tacy jak dawniej. Mogę ją odnaleźć, czasami nawet dotknąć, ale jej istota pozostaje dla mnie nieodgadniona. To co pozostawiła po sobie wzmaga tylko ciekawość nie dając zbyt wielu odpowiedzi. Skruszone nagrobki, stare fundamenty, chylące się krzyże i zdziczałe pola wołają głośno, ale jest w tym tyle cierpienia, że trudno mi zrozumieć coś więcej. Łemkowynę skrywają puste pola i leśne ostępy i tylko uważny wędrowiec trafi tam bez kłopotu.

Kamienne pamiątki zaginionego życia


Nie znajdziemy już chyba takiej dziedziny życia, która oparła by się upływowi czasu i przetrwała w  niezmienionej postaci od czasów – nazwijmy to ogólnie – historycznych do dnia dzisiejszego. Zwłaszcza ostatnie stulecie pokazało wyjątkowy brak szacunku do tego co było i dosyć lekką ręką skazywało na odrzucenie te elementy naszej rzeczywistości, które nie nadążały za coraz szybszym rozwojem cywilizacyjnym. Większość albo musiała przekształcić się i dostosować do modernizującego się świata, albo kończyła w gablotach muzealnych i skansenach. W najlepszym razie zajmują się nimi teraz etnografowie lub artystyczne grupy regionalne, kultywujące pamięć o swoich przodkach i ich kulturze. Większość lokalnych społeczności zapomina o przeszłości, skupiając się na przetrwaniu w coraz szybciej zmieniającym się świecie, często nie dającym czasu na spojrzenie w tył. Z problemem tym najlepiej radzą sobie te grupy etniczne, które posiadają silnie zakorzenione poczucie odrębności, niezależności, a nawet wyższości nad innymi społecznościami. Grupy, które pragną wyróżnić się na tle innych, poprzez eksponowanie własnej historii i najbardziej oryginalnych cech kulturowych. Czasem źródłem takiej potrzeby jest po prostu wysoka samoświadomość, mocno zakorzeniona w mentalności – jest to cecha charakterystyczna dla większości Karpackich grup etnicznych. Czasem jednak wywierają na nią presję wydarzenia historyczne, zwłaszcza te naruszające podstawowe więzi z tradycją przodków – więzi terytorialne. Otóż Łemkowie i Bojkowie to kultury Beskidzkie, którym przyszło utracić swe małe ojczyzny, porzucić ziemię przodków i próbować nie zapomnieć o swych korzeniach gdzieś, gdzie z własnej i nieprzymuszonej woli nigdy by się nie znaleźli.
Proces odchodzenia w przeszłość kultur „przestarzałych”,  poprzez przekształcanie ich w nowe, choć powszechny od zarania dziejów, w ostatnim wieku nasilił się wykładniczo, wobec rozpędzającego się coraz mocniej stada koni mechanicznych, ciągnącego machinę tzw. postępu. Zasadniczo jest to zjawisko nieuchronne, zwykle zachodzi jednak w sposób stopniowy, płynnie i naturalnie oddając pole nowym tradycjom i zajęciom. Dając czas na odpowiednie ich przyswojenie i dopasowanie do własnego sposobu życia. Jako takie jest ono dla nas raczej korzystne – dzięki niemu, zamiast uganiać się po stepie z paleolitycznym pięściakiem w dłoni, za wątpliwą mamuciną, możemy uganiać się wózkami po supermarketach za, prawdopodobnie daleko smaczniejszą (choć może niekoniecznie zdrowszą) kiełbasą krakowską podsuszaną. Problem pojawia się wtedy, gdy dzieje się to w sposób narzucony i (lub) zbyt szybki, a z tym właśnie musieli uporać się Łemkowie. Wyrwano ich z rodzinnych siedlisk i z dnia na dzień kazano zapomnieć o tym kim byli. Rozrzucono ich po różnych rejonach kraju, aby szybciej się zasymilowali i "ucywilizowali", lub raczej spolszczyli. Przez długie lata zakazywano im powrotu nie tylko do ziemi przodków, ale także do ich kultury. Losy łemkowszczyzny i dawnych ziem bojkowskich powinny być  dla nas tym bardziej istotne, jeśli uświadomimy sobie, że to nasze bezpośrednie działanie spowodowało zepchnięcie ich w niebyt. Zepchnęliśmy w niebyt kawał naszej własnej, jakże oryginalnej historii. To nasza kultura i nasi ojcowie unicestwili światy, które żywo ubarwiały obraz nie tylko Beskidów, ale i całej  Polski, przez przynajmniej pięć wieków.

 
 
CIĄG DALSZY POD "CZYTAJ WIĘCEJ"