czwartek, 19 stycznia 2017

Wołosi cz.1 - Skąd u nas górale?



Przyglądając się góralom, którzy gospodarują w Beskidzie od wieków, trzeba pamiętać o zasadniczej kwestii. Korzenie kultury, która ukształtowała obyczajowość i tutejszą gospodarkę sięgają zupełnie innych rejonów Europy niż matecznik ludów nadwiślańskich. Kultura góralska przywędrowała do nas z południa i rozgościła się w naszych górach tak dobrze, że zawładnęła nimi w zasadzie niepodzielnie. Dopasowała się jedynie do zastanych warunków, ewoluując tylko nieznacznie, czerpiąc od ludów słowiańskich akurat tyle ile potrzebne było do przetrwania. Dlatego właśnie góralskość jest tak odmienna od reszty polskich grup etnicznych. Bliżej jej do Bałkanów, skąd przynieśli ją Wołosi, niż do nizin środkowej Europy.



Smolikas (2637 m). Najwyższy szczyt gór Pindus w północnej Grecji, gdzie egzystuje największa grupa rdzennej ludności wołoskiej.

Gdybyśmy spróbowali opowiedzieć o Beskidzie nie wspominając o Wołochach, to tak jakby prezentować historię polski zapominając o plemionach słowiańskich, które przecież  stanowiły jej źródło. Historia ludzi Beskidów to w olbrzymiej części historia właśnie Wołochów, społeczności pasterskiej, która przybywając w te strony odcisnęła do dzisiaj nie zatarte piętno na kulturze i tradycji nie tyko Beskidów, ale i całego regionu karpackiego. To właśnie oni dostarczyli wzorców kulturowych dla dzisiejszych górali polskich: podhalańskich, spiskich, orawskich, śląskich i żywieckich, pienińskich i sądeckich a także Zagórzan i Kliszczaków. To oni współtworzyli historię górali wschodniosłowiańskich. Elementy ich etosu przejmowali polscy pionierzy osadnictwa próbujący cywilizować Karpaty, zaś pierwszymi, którym przyszło się z nimi spotkać była ludność ruska zamieszkująca zarówno po zakarpackiej jak i podkarpackiej stronie beskidzkiego wododziału. To od niej wywodzą się etnosy Łemków, Bojków zwłaszcza zaś Hucułów. Warto zastanowić się jak doszło do tego, że znaleźli się w naszych Beskidach.


Metsovo - północno zachodnia Grecja. Jedyny wołoski ośrodek miejski
By Bogdan Giuşcă - Uploaded by author, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1067214


czwartek, 5 stycznia 2017

Iwonicz - Smerek. Kronika cz. 2






Środa 12 sierpnia 2015 roku była kolejnym gorącym dniem tamtego lata. Już dzień wcześniej radio nawoływało do niewychodzenia z domów bez pilnej potrzeby, argumentując to realnym ryzykiem wystąpienia słonecznego udaru, zawału i paru innych gwałtownych reakcji organizmu na upał. Przez chwilę nawet próbowałem przejąć się tymi ostrzeżeniami, ale byłem tak nakręcony bliskością celu tej wędrówki, że za nic bym sobie nie wybaczył, gdybym zrezygnował, zwłaszcza z powodu zwykłej, bezosobowej informacji zasłyszanej w mediach. Wychowywałem się przecież w czasach, w których wszyscy wiedzieli, że media kłamią, nawet w tak z pozoru błahych sprawach jak pogoda. Z wielu młodzieńczych przypadłości udało mi się z czasem wyleczyć, jednak ten rodzaj nieufności pozostał mi na szczęście do dziś. Muszę przyznać że przydaje się wyjątkowo często - prawie za każdym razem, kiedy włączam telewizor.
Nie posłuchałem więc podszeptów propagandy i ruszyłem nazajutrz w dalsze odkrywanie czerwonego. Tyle, że wystartowałem z Komańczy godzinę wcześniej niż pierwotnie planowałem. Miałem nadzieję dotrzeć do Cisnej jeszcze przed szesnastą, wyprzedzając popołudniową kulminację upału, dlatego na trasie byłem już o szóstej rano.


Kościół św. Józefa przy szlaku. Jeden z trzech kościołów w Komańczy
By Przykuta - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15718447


 

Pierwsze dwa kilometry to przeskok pomiędzy dolinami Osławy i Osławicy. Szlak prowadzi na wschód, najpierw podniszczonym asfaltem, a po kilkuset metrach schodzi z niego w lewo, w drogę gruntową, przecinając dolinkę potoku Piwnego. Przez chwilę zastanawiam się czy nie pójść dalej asfaltem, który niezależnie od szlaku wiedzie do Prełuk i nie spróbować złapać jakiejś okazji do Duszatyna. Jednak w porę przypominam sobie, że jestem tu po to, aby przejść, a nie przejechać Główny Szlak Beskidzki, więc jakakolwiek podwózka, tym bardziej nie po szlaku, w żadnym razie nie wchodzi w grę. Dalej czerwony wznosi się na grzbiet Smerekowca rozdzielający Osławe i Osławicę na dwa autonomiczne dorzecza. Gdzieś tutaj kończyła się Łemkowyna, a dalej na wschód zaczynały ziemie zamieszkałe przez Bojków. Etnografowie przeprowadzili granicę między tymi dwoma ludami grzbietem Wysokiego Działu, na który właśnie zmierzam. Ale wiadomo też, że dorzecza tych dwóch rzek były obszarem przejściowym, swego rodzaju tyglem, w którym obie kultury przenikały się wzajemnie.
Dojście do Prełuk zajmuje mi niezbyt pospiesznym marszem około 40 minut. Na razie zadziwiająco chłodno. Droga prowadząca cały czas cienistym lasem nie jest zbytnio wymagająca. Do Prełuk nie rozgrzałem się nawet na tyle, żeby ściągnąć kurtkę. Co prawda za chwilę to się zmieni, ale jak do tej pory całkiem przyjemnie.

Komańcza - Przełęcz Żebrak

piątek, 23 grudnia 2016

Iwonicz - Smerek. Kronika cz.1










Tak to już jest poukładane, że wszystko czego się tkniemy swój koniec mieć musi. Moje przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego także kiedyś skończyć się musiało, a że nie należę do zbyt cierpliwych, chciałem żeby stało się to jak najszybciej. W zasadzie do wyboru miałem tylko dwie możliwości. Albo zakończę sprawę jeszcze w tym sezonie, mimo nagminnego braku czasu i obfitości innych górskich wędrówek, albo porzucę swój zamiar na dobre. Przekładanie ostatniego etapu zdobywania czerwonego nie wchodziło w grę. Zbyt długo to już trwało i ciągnęło się ponad miarę przyzwoitości. Dlatego cały tegoroczny urlop postanowiłem spożytkować na górskie peregrynacje. Pierwszą połowę spędziliśmy na rodzinnym odkrywaniu skarbów pejzaży sudeckich, co mieliśmy w planach już od dobrych kilku lat. Drugą zaś wykorzystałem do dokończenia trasy, którą zacząłem trzy lata wcześniej. Ostatni fragment GSB miał przeprowadzić mnie z Beskidu Niskiego do Bieszczad, miedzy Iwoniczem a Smerekiem.
 

Iwonicz - Puławy Górne


W poniedziałek 10 sierpnia zameldowałem się z samego rana na niezawodnym dworcu autobusowym w Krakowie. Nawet nie pamiętam ile to już razy docierałem do celu dzięki jego pośrednictwu i miałem nadzieję, że i tym razem tak się stanie. Tuż przed siódmą rano zapukałem więc do drzwi autobusu relacji Bytom – Polańczyk via Iwonicz w celu zajęcia odpowiedniej miejscówki. Tyle, że razem ze mną pukał też kilkuosobowy tłumek, coraz bardziej niezadowolony, gdyż mimo usilnych starań i gwałtowniejszych pukań niezmiennie odpowiadała nam cisza. Ludzie siedzący już w środku zdawali się nas ignorować, zadowoleni z własnej wyższości – także dosłownej, gdyż siedzenia autokaru umieszczone były wysoko i mogli spoglądać na nas z góry – a kierowca, jeśli tam był, postanowił nie przyznawać się do tego. Dopiero po kilkunastu minutach takiego stanu zawieszenia w niepewności przy autobusie zmaterializował się człowiek w białej koszuli, z zamiarem przyjęcia na siebie zażaleń niezadowolonej gawiedzi i udzielenia niezbędnych informacji. Po wysłuchaniu kilku głosów oburzenia, tonem tak oficjalnym, na jaki tylko było go w tym momencie stać, oświadczył, że wszystkie miejsca w autobusie są zajęte i nikt więcej już do niego nie wsiądzie. Ponieważ było to jedyne połączenie z Iwoniczem jakie udało mi się znaleźć zdałem sobie sprawę, że realizacja moich mało ambitnych, lecz napiętych czasowo planów staje się zagrożona. Podobne odczucia mieli moi współtowarzysze niedoli, zaczęliśmy więc kanonadę słowną w jego kierunku z zamiarem dania upustu frustracji i nadzieją na zmiękczenie przeciwnika. Może uda się wytargować choćby jedno miejsce stojące. Daremne to były wysiłki. Kierownik wycieczki pozostał nieprzejednany i stanowczo powtórzył, że wszystkie miejsca ma zarezerwowane i bez wykupionego wcześniej biletu do autobusu nie wpuści… Widać, zbyt rzadko podróżuję komunikacją publiczną bo dopiero po chwili dotarł do mnie sens jego słów. Wśród zebranych nikt wykupionej rezerwacji nie miał, poza mną. Czemu wcześniej na to nie wpadłem?
Z kieszeni plecaka wyciągnąłem zakupiony przez Internet bilet i z nieukrywanym tryumfem w oczach podszedłem do jegomościa. Zaklęcie zadziałało. Sezam otworzył się, a ja zadowolony wmaszerowałem w jego progi. Jak niewiele potrzeba do szczęścia. Wystarczy odpowiednio wcześnie kupić bilet.
Przypowieść tą dedykuje pewnej osobie, która dziwi się mojej potrzebie przygotowania każdego szczegółu wędrówki zawczasu. Wreszcie zyskałem dowód na moją słuszność. Romantyczna improwizacja jest piękna gdy ma się dużo wolnego czasu i mało konkretnych planów. Można jechać do Iwonicza choćby tydzień i wędrować po Beskidzie miesiącami. Ale na to trzeba być studentem albo rentierem.

piątek, 9 grudnia 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione cz. 2


Cerkiew w nieistniejącej wsi Łopienka.
fot. Autor

Powojenny czas to najbardziej dramatyczny okres dla setek tysięcy Rusinów, którzy cierpiąc szykany nie tylko ze strony władz, ale także ludności polskiej, ograbieni ze wszystkiego co było dla nich najcenniejsze – ziemi i domów – wypędzeni zostali ze swej ojcowizny i wywiezieni w bydlęcych wagonach do radzieckich kołchozów daleko w głąb zupełnie obcego kraju. Schemat przebiegu akcji deportacyjnych zaczerpnięto niewątpliwie z doświadczeń, licznie reprezentowanego w ówczesnym wojsku polskim NKWD. Żołnierze otaczali szczelnym kordonem wytypowaną do przesiedlenia wieś, aby nie dopuścić do ucieczki mieszkańców w głąb gór i jednocześnie zabezpieczyć się przed atakiem ukraińskiej partyzantki. Przychodzili po ludzi zazwyczaj nad ranem, kiedy czujność  jest uśpiona a zaskoczenie największe. Ktoś powie, że służby bezpieczeństwa na całym świecie dokonują w ten sposób aresztowań, dzieje się tak jednak w przypadku najbardziej niebezpiecznych przestępców, zdrajców i wrogów. Przypominało to kopie schematu działania sotni UPA, napadających polskie wsie i w gruncie rzeczy prawdopodobnie tym właśnie miało być. Miało być zemstą, tyle że mniej krwawą. W większości bezbronnych i zupełnie niewinnych chłopów potraktowano jak zbrodniarzy, nie dając im najmniejszych szans obrony. Dano im za to kilka godzin na spakowanie dobytku i opuszczenie domów, następnie wywożono wozami do najbliższej stacji kolejowej gdzie czekali na podstawienie składów bydlęcych wyruszających na wschód. Wielu jednak nie zdołało dotrzeć nawet na skraj własnej wsi. Aktom grabieży towarzyszyło bestialstwo i mordy determinowane chęcią zemsty. Zbrodniczość wojskowej krucjaty anty ukraińskiej potwierdza celowe powoływanie do oddziałów deportacyjnych żołnierzy, którzy byli uciekinierami z Wołynia. Jako naoczni świadkowie ukraińskiego bestialstwa mieli przenieść go także na łemkowszczyznę i w Bieszczady. Aresztowano i wywożono w pierwszej kolejności działaczy organizacji społecznych oraz księży i dostojników kościoła greckokatolickiego, próbując wcześniej nakłonić ich do współpracy.
Ten etap pacyfikacji trwał do początków sierpnia 1946 roku
[1]. W czasie tym wyrzucono z Polski 260 tysięcy Ukraińców[2], co razem z wcześniejszym, dobrowolny etapem akcji daje łączną liczbę ok. 480 tysięcy przesiedlonych na wschód – wg oczywiście oficjalnych statystyk. Wobec liczby  505 647 osób narodowości ukraińskiej[3], zamieszkujących powojenne tereny na zachód od linii Curzona, dawałoby to zadziwiającą, dziewięćdziesięcio pięcio procentową skuteczność  od początku przesiedleń.
Zrujnowana cerkiew w Łopience w 1955 roku.
3 maja 1946 roku wysiedlono stąd 326 osób.

Liczby te jednak okazały się w pewnej swej części mocno przeszacowane. Być może już wtedy zaczął kiełkować wśród komunistów zwyczaj „podkręcania” statystyk dla podkreślenia swoich zasług – wszak z ponad 90% statystyką (frekwencja wyborcza, głosy „za” przewodnią rolą partii, wydajność pracy itd.) Polacy będą mieli styczność w nadchodzącym półwieczu jeszcze wielokrotnie.  Jednakże niedokładność w rachunkach spowodowana była w głównej mierze niedocenieniem determinacji pozostania na ojcowiźnie samych – jak się okazało niedoszłych – wysiedleńców.  Część z nich uciekła przed deportacjami w góry, chroniąc się w lesie, wspomagani zapewne przez partyzantkę UPA. Wielu przekraczało granicę Czechosłowacką szukając schronienia u swych pobratymców po południowej stronie Karpat, aby po przejściu oddziałów Wojska Polskiego powrócić do opuszczonych wiosek. Z kolei części z rzeczywiście wysiedlonych  udało się powrócić jako repatrianci ze wschodu, podając się za Polaków. W efekcie w drugiej połowie 1946 roku, w południowo - wschodnich powiatach znalazło się z powrotem przeszło 100 tysięcy Ukraińców[4] , o czym nawet władze lokalne zdawały się nie wiedzieć. Zbliżająca się akcja „Wisła” nastawiona była początkowo na wysiedlenie „niedobitków” ludności pochodzenia ukraińskiego w liczbie nie większej niż 15 – 20 tysięcy. Szacunki te z czasem rosły aż w momencie jej rozpoczęcia osiągnęły liczbę ok. 74 000. Świadczy to dobitnie o kompletnym braku rozeznania  w prawdziwej sytuacji na wysiedlanych terenach. Liczba ta okazała się w rzeczywistości dwukrotnie większa.


 



Nieistniejąca wieś Przybyszów - trzy godziny czerwonym od Komańczy...
fot.Autor



... w 1938 roku liczyła 60 gospodarstw.
Mapa WIG, arkusz Lesko, Warszawa 1938

czwartek, 24 listopada 2016

Przesiedlenia - Beskidy wyludnione. Cz.1


Cerkiew w nieistniejącej wsi Smolnik. Po wysiedleniach "zniknęło" stad 91 gospodarstw.
fot. Autor
 Dla wędrowców zwracających baczniejszą uwagę na zagadnienia kulturowe ważką przyczyną, stanowiącą o historycznej atrakcyjności Beskidu Niskiego i Bieszczadów jest pewien paradoks. Zwykle najbardziej interesuje nas koloryt danej kultury, jej atmosfera, dźwięki i zapachy, niespotykane gdzie indziej obrazy, no i oczywiście ludzie ze swoimi codziennymi lub odświętnymi zajęciami. Tutaj magnesem przyciągającym prawie całą uwagę obserwatora z zewnątrz jest brak tego wszystkiego. Na wschód od Krynicy wchodzimy w krainę „Beskidu wyludnionego”. Nie da się poznać tutejszej rdzennej kultury w jej naturalnych siedliskach, ponieważ siedlisk tych zwyczajnie już nie ma. Atrakcją stała się dramatyczna pustka. Rdzenni mieszkańcy tej ziemi, przez wieki decydujący o jej charakterze, odeszli stąd razem ze swą kulturą niemal w jednym momencie, pozostawiając ją prawie całkowicie pustą.
To smutne i jednocześnie głęboko prawdziwe. Dramatyczne i spektakularne wydarzenia wyłaniają się dla nas z głębin historii barwniej i ciekawiej, mocniej przykuwając naszą uwagę, uwrażliwiając nas na losy swych bohaterów bardziej, niż czasy spokoju i pozornej monotonii. Jakbyśmy bardziej cenili w życiu grozę, napięcie, skoki adrenaliny a nawet tragedię niż chwile odpoczynku. Może potrzebujemy świadomość tragicznych losów naszych przodków, bo to pozwala nam docenić względny spokój czasów współczesnych? A może ten względny spokój naszego życia wyzwala w nas atawistyczną potrzebę przeżywania dramatu choćby poprzez wgląd w historię?
Tylko nielicznym Łemkom i Bojkom udało się po latach wrócić na ojcowiznę i stworzyć nową społeczność, kultywującą dawne tradycje. Jak do tej pory jest to grupa stosunkowo nieliczna, a przede wszystkim w niemałej mierze już przekształcona etnicznie poprzez asymilację z innymi społecznościami. Prawdziwych Rusinów w polskich Beskidach już prawie nie uświadczysz. Poza tym ci, którzy wrócili pamiętają dawne życie niemal wyłącznie z opowieści rodziców i dziadków, nie jest to więc ich przeszłość, lecz bardziej sentyment do pamięci o przodkach. Jest w tych powrotach zapewne także chęć swego rodzaju zadośćuczynienia poczuciu krzywdy, smutku, tęsknoty, a także złości jaką nieraz widzieli w obliczach swych bliskich na myśl o życiu które musieli zostawić.
Choć minęło już siedem dekad, a współczesna cywilizacja coraz mocniej przekształca tutejszy krajobraz, niemal na każdym kroku stawianym przez wędrowca łemkowszczyzna i bojkowszczyzna dają świadectwo ostatnim chyba chronologicznie, tak ważkim wydarzeniom związanym z II Wojną Światową na ziemiach polskich. Wszak wysiedlenie z macierzy  prawie całej populacji polskich Łemków i Bojków w latach 1944 – 47 należy traktować właśnie jako echo tej wielkiej pożogi, która przetoczyła się w tamtym czasie przez świat.


Tablica pamiątkowa na cerkwi w Chyrowej (Hyrowej)
fot. Autor

Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, które opowiada swoją historię poprzez pustkę. Zazwyczaj tam, gdzie znaczące wydarzenia historyczne odcisnęły swoje piętno, podziwiamy pomniki, muzea, skanseny, miejsca kultu, niekiedy suto zdobione, okraszone wielkością, bogactwem, często niestety także patosem. Tutaj tylko puste doliny wołają o prawdzie. Dawne pola, sady, cerkwiska i gospodarstwa widma, jakby urojenie chorej wyobraźni. Czasem tylko chylące się krzyże, przy których nikt już nie przystaje, prócz zapuszczających się tutaj w poszukiwaniu samotności. Czasem rozstaje dróg, które od dawna już nigdzie nie prowadzą, albo zrujnowane kapliczki w pół drogi między wsiami, których od przeszło półwiecza już nie ma. Nawet gdyby postawić tutaj Ermitaż i Luwr kapiące złotem, nie wpłyną na wrażliwą wyobraźnie tak bardzo jak pustka. Opustoszała dolina, będąca kiedyś domem kilku tysięcy dusz, opowiedzieć może więcej niż dolina królów. W Beskidzie Niskim i Bieszczadach nietrudno odnaleźć miejsca, gdzie niegdyś ludzka gospodarność panowała nad okolicą w postaci ludnych wsi, składających się nierzadko z kilkudziesięciu chałup oraz sadów i pól uprawnych, ciągnących się aż po najwyższe i najtrudniej dostępne partie dolin. Bardzo ciekawych obserwacji dostarczą przedwojenne wojskowe mapy ­(tzw. WIG-ówki), na których dokładnie zaznaczono zasięg dawnej wiejskiej zabudowy. Porównanie ich ze stanem obecnym zazwyczaj jest tak samo zaskakujące, co wzbudzające niedowierzanie. Dzisiaj o przejawach życia decyduje tutaj wyłącznie przyroda, pochłaniająca ludzki dorobek i zacierająca jego ślady tak dokładnie, że nieświadomy wędrowiec przechodzi obok miejsc gdzie stały chyże, młyny i cerkwie, zupełnie tego nie zauważając. W większości takich miejsc tylko ukształtowanie terenu oraz roślinność charakterystyczna dla wtórnego zarastania obszarów opuszczonych przez człowieka, zdradza ich niegdysiejsze przeznaczenie.

Pozostałość cerkwiska w Berehach Górnych.
fot. Autor

 

czwartek, 10 listopada 2016

Wołosate - Ustrzyki Górne / Smerek - Berehy Górne. Kronika


 







Wtorek. 15.07.2014 WOŁOSATE - USTRZYKI GÓRNE

Wobec alternatywy ujeżdżania konia huculskiego w jego mateczniku w Wołosatem, moja propozycja kolejnej wędrówki górskiej nie miała najmniejszych szans powodzenia. Moje dziewczyny, a zwłaszcza Natalia, polubiły konie na tyle, że jak tylko nadarzy się okazja rzucają wszystko aby móc się nimi nacieszyć. Świadom tego nie nalegałem zbytnio, zwłaszcza, że trasę, którą planowałem przeszły już dwa lata temu i nie specjalnie garnęły się do powtórki. Ja zaś mógłbym powtarzać ją co rok.
Jeśli w stosunku do któregoś z odcinków czerwonego trzeba by było użyć popularnego dziś określenia "kultowy", to na pewno należałoby wybrać właśnie ten. Ścieżka średnio długa, bo na około siedem godzin - z dziećmi trochę więcej – ale potrafiąca nieźle zmęczyć, zwłaszcza na pierwszym 3-godzinnym podejściu na Halicz, a potem dołożyć jeszcze między Przełęczą Goprowską a Tarnicą. Trasa krajobrazowo niedościgniona, przynajmniej jeśli chodzi o pejzaże beskidzkie, bo nawet skalista Babia Góra nie jest tak rozległa i urozmaicona jak Gniazdo Tarnicy. W ciągu jednego dnia wędruje się w obrębie przynajmniej czterech wybitnych kulminacji ozdobionych połoniną i wychodniami skalnymi. Dla miłośników Beskidów prawdziwa Arkadia. Trasa z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec, Halicz, Przełęcz Goprowską, Tarnicę, Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. Pierwszy, lub jak kto woli ostatni odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przy parkingu w Wołosatym czerwony zawraca do Ustronia.



fot. Autor




Od prawej Halicz, Kopa Bukowska i Krzemień.
fot. Autor





Na start w Wołosatem docieram busem, dosyć późno jak na moje standardy, bo dopiero o 8:30.  Zazwyczaj wolę wychodzić wcześniej bo i ludzi na szlaku mniej, i w upale smażyć się trzeba krócej. Poza tym mam więcej czasu na wszystko, co daje mi komfort niespiesznego wędrowania. Dzień zapowiadał się ciepło i słonecznie.
Ilekroć przyszło mi wędrować przez opuszczone bieszczadzkie wsie, tyle razy nie mogłem się nadziwić, że kiedyś żyli tutaj ludzie. Zaraz potem przychodziło jeszcze większe zdziwienie, a nawet gniew, że już ich tutaj nie ma. Że ktoś jednym rozkazem wypędził stąd życie, pozostawiając puste pola i sady. I że zrobił to tak skutecznie, że aż do tej pory łemkowskie i bojkowskie osiedla zieją ciszą i pustką. Wołosate jest dla mnie szczególnym przypadkiem takiej wioski, może dlatego, że o niej znalazłem najwięcej informacji historycznych.

Najbardziej obrazowo będzie powiedzieć, że jeśli zaczynamy wędrówkę czerwonym w dzisiejszym centrum wsi, obok jedynego tutaj sklepu i kierujemy się drogą na południowy-wschód, to przez pierwsze 2,5 kilometra powinniśmy iść przez obszar gęsto zabudowany. Tymczasem nie ma tam nic. Poza starym cerkwiskiem i budką kasową BdPN tylko niezagospodarowane pola i łąki. Przed druga wojną światową Wołosate liczyło 182 gospodarstwa, w których mieszkało ponad 200 rodzin, co daje lekko licząc około tysiąca dusz. Była to z pewnością najludniejsza z bojkowskich wsi w naszych górach. Większość domostw pobudowana była powyżej cerkwi. Zagrody ciągnęły się aż do potoku Zworec na tzw. Wyżnim Końcu. Teraz powyżej cerkwi  zaczyna się już pustkowie, gdzie zaglądają co najwyżej spragnieni przygód turyści i pogranicznicy.



Zabudowa Wołosatego w 1937 roku.
Źródło: Mapa WiG, Dźwiniacz Górny, Warszawa 1937.



Wołosate dziś.
Źródło: Wydawnictwo Compass
Co się stało z mieszkańcami?...

czwartek, 3 listopada 2016

Berehy Górne - Ustrzyki Górne. Kronika







Bieszczady są dla mnie wyjątkowym zakątkiem tego ziemskiego padołu. Wyrywam się tutaj ilekroć tylko nadarzy się okazja, a gdy biesy planów nie pokrzyżują, melduje się na połoninach zawsze z tą samą ochotą od lat. Mogę uczciwie powiedzieć, że oprócz moich rodzinnych stron, jest to jedyne miejsce, które w planach mam w zasadzie zawsze. Każdego roku wypatruję tylko pretekstu i czasowych możliwości, aby zanurzyć się w te buczynowe pagóry na wschodnim krańcu mapy. Na szczęście udaje się to dosyć regularnie – zawsze jednak zbyt rzadko - dzięki czemu kilka tamtejszych ścieżek udało się już wydeptać.
Bieszczadzkie szlakowydeptywanie...
Fot. Autor
 


Czerwony zajmował wśród nich zawsze miejsce szczególne. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ileż to razy przemierzałem Główny Szlak "Bieszczadzki", bo część z tych peregrynacji odbywała się jeszcze w czasach kiedy nie robiłem zdjęć, ani nie rejestrowałem przejść w książeczkach GOT. A sama pamięć, zwłaszcza taka jak moja, to stanowczo za mało aby opowiedzieć coś ciekawego. Dlatego miałem niemały kłopot, żeby do opisu przejścia GSB wybrać te wędrówki, które byłyby najbardziej odpowiednie. Ostatecznie zdecydowałem się na opisanie przejść ostatnich chronologicznie, z 2014 i 2015 roku, ponieważ najlepiej wpiszą się w ramy czasowe całej opowieści o wydeptywaniu czerwonego na tym blogu. Rozpoczął się ten wątek w 2012 roku w Ustroniu, więc logicznie będzie skończyć go w Wołosatem nieco później. Poza tym wcześniejsze wypady nie są zbyt bogate fotograficznie, a przynajmniej nie na tyle, żeby należycie dopełnić obraz całości.
Ten opis czerwonoszlakowego wędrowania będzie nieco różnił się od poprzednich. Po pierwsze, nie będzie to wędrówka z nocowaniem na trasie. "Zachodnie" przebiegi czerwonego przy wędrówkach kilkudniowych w zasadzie wymuszają rozplanowanie spania po drodze. Bieszczadzkie odcinki GSB pomiędzy Wołosatym a Cisną znajdują się na tyle blisko siebie, że możliwe jest „obsłużenie” ich z jednego punktu noclegowego.

TUTAJ poprzednia kronika KRYNICA - IWONICZ

Dla mnie najlepszą bazą wypadową zawsze były Ustrzyki Górne i różne konfiguracje przemierzanych tras tradycyjnie oscylowały wokół nich. Taki sposób wędrowania jest nieco łatwiejszy fizycznie (mniejszy bagaż, mniejsze dzienne odcinki do pokonania), za to bardziej wymagający logistycznie, bo na każdy dzień trzeba zapewnić sobie transport w inne miejsce. Na szczęście w ostatnich latach między Tarnicą a Chryszczatą nie ma już z tym żadnych problemów dzięki dobrej komunikacji autobusowej. I jeśli ten stan się nie zmieni dalej pewnie będę poznawał Bieszczady w ten sposób.
Po drugie nie będę już sam. Operacja Ustrzyki w ostatnich latach jest u nas przedsięwzięciem rodzinnym. Opisy przejść w niektórych miejscach będą więc wzbogacone o nowych bohaterów - a raczej bohaterki – dzięki czemu akcja dramatu powinna zyskać na wartości. Wbrew temu co wyśpiewywał Grzegorz Markowski w „Autobiografii” nie było nas trzech a czworo, ale rzeczywiście jeden przyświecał nam cel - niespieszne wędrowanie i odpoczynek.

Spokojne odpoczywanie... na Caryńskiej