piątek, 16 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.3






Widok na Dorotkę, Tomka, Zdzicha i... Howerlę spod Rebry.(Howerla w tle ponad Tomkiem J)
fot. Autor


 
Wędrujemy tak już dobrych parę godzin, a ja ciągle nie mogę nacieszyć się widokami. Czuje się trochę jak wtedy, gdy jako dzieciak wpuszczony zostałem po raz pierwszy do działu z zabawkami krakowskiego Pewexu. Kto pamięta tamte szare czasy lat osiemdziesiątych, ten wie o czym mówię. Tak jak wtedy rozglądam się teraz wokoło i na co nie spojrzę, chciałbym to mieć.
Tak dalece zachwyciłem się widokiem najwyższych Czarnohorskich szczytów, że zapomniałem o miejscu, które koniecznie chciałem zobaczyć. Na dzisiejszych mapach nosi nazwę „Ramena”, a ja bardziej kojarzę wdzięczne huculskie określenie „Szpyci”. To niezwykle malownicza grupa skał w postaci ostrych postrzępionych szpikulców sterczących z bocznego grzbietu odchodzącego na północny-wschód na Maryszewską (1564 m). Od głównej grani rzut beretem, jakieś pół kilometra zielonym szlakiem w kierunku Bystreca. Dokładnie przy słupku granicznym nr 30 w prawo. Formacja może i niezbyt rozległa, ale na tyle spektakularna widokowo, że wspominają o niej wszystkie przedwojenne i współczesne przewodniki po Czarnohorze, jako o lokalnej atrakcji turystycznej. No i znowu wątek historyczny. To właśnie u stóp Szpyci wiódł wspominany już przeze mnie pierwszy Polski znakowany szlak turystyczny z Bystreca na Połoninę Gadżyna.


Link do tekstu "SZLAKIEM PRZEZ CZAS"
Fragment formacji skalnej na Szpyci.
fot. Snowboris, źródło: wikimapia.org

piątek, 9 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.2

 

Za nami najtrudniejsza, część wędrówki. Dotarliśmy z Dzembronii do przełęczy 1763 m, która otwiera dostęp do największych czarnohorskich skarbów. Głowny grzbiet jest już na wyciągnięcie ręki.
A dla zmęczonych nocnymi Polaków rozmowami, wcale nie była to kaszka z mleczkiem. Podchodzenie z doliny na grzbiet w każdych górach przysparza trudności, jednak tutaj, w Czarnohorze jest wyjątkowe. Rozległość tego terenu i jego ukształtowanie sprawiają, że pokonywać trzeba duże odległości przy sporym nachyleniu. Duże przewyższenia powodują, że kilkugodzinne, nieprzerwane wznoszenie się jest normą. Nam zajmuje to grubo ponad cztery godziny i kosztuje mnóstwo sił.
Na przełęczy kilka namiotów rozbitych tuż przy żółtym szlaku na Smotrycz. Podpowiadają, że można by właśnie tu założyć bazę, ale nasza grupa mija je obojętnie. To samo wołają namioty rozstawione jakieś sto metrów poniżej przy ruinach schroniska i szlakowskaz informujący, że znajduje się tam źródło wody. Mimo to nieugięcie brniemy dalej. Kierujemy się na główną grań, która jeszcze jakieś 700 metrów przed nami. Ignorujemy nawet głos rozsądku rozbudzony basowymi tonami burzy krążącej nad Popem Iwanem. Zdaje się, że chcieliśmy nadrobić stracony wczoraj czas, i pewnie pchała nas do przodu ciekawość. Trudno stwierdzić jednoznacznie. Pewne jest, że odrzuciliśmy szansę noclegu w jedynym w miarę bezpiecznym miejscu. Poszliśmy z całymi manelami w górę, prosto w burzę.
Główny grzbiet Czarnohory i burza nad Popem Iwanem.
fot. Dorota R.
 

piątek, 2 listopada 2018

Planeta Czarnohora cz.1




Jak zakręcone potrafią być nasze drogi przekonywałem się już wielokrotnie. Wielki szyderca kręci karuzelą zdarzeń  tak, żebyśmy nijak nie mogli dociec skąd, dokąd i dlaczego nas wiodą. Tym razem okazało się, że aby spełnić swoje marzenie o Czarnohorze, trzeba mi  było wylądować na drugim końcu świata, jakieś 6 tysięcy kilometrów od domu. Trzeba mi było najpierw spełnić marzenie Doroty o dalekim oriencie, aby mogło zacząć kiełkować moje.
To była wspaniała podróż i wiele by można o niej napisać. Ale to co najważniejsze dla tej opowieści o górach to spotkanie człowieka, którego plany otworzyły mi drogę w Czarnohorę. Dawno uśpiony zamiar odkrycia wschodnio-beskidzkich szlaków, odkładany z roku na rok na odpowiedniejszy czas, obudził się i rozpalił od prostego, klarownego planu kogoś zupełnie do tej pory mi obcego. To on zasiał ziarno niepokoju podczas pogawędek przy rumie w autokarze unoszącym nas w krainę Maharadżów.
A imię jego Zdzichu ze Zdzieszowic.




Zdzichu (z Gulaszem) na Howerli
fot. Autor


A jego plan był prosty i konkretny. Spotykamy się za pół roku na dworcu autobusowym w Krakowie i rozpoczynamy przygodę. Miało to być 14 sierpnia 2018 roku.

I tak też się stało. Tego sierpniowego popołudnia przy autobusie relacji Poznań – Czerniowce spotkała się 11 osobowa grupa plecakowiczów gotowych podjąć trudy i znoje wspólnego wędrowania. Zdzichu, Artur i Janusz ze Zdzieszowic (lub okolic), Piotrek z Radomia (lub okolic), Ewka, Dorotka i Tomek z Krakowa, jednoosobowa reprezentacja Czech w osobie Mira z Brna (lub okolic), no i Niepołomice w składzie: moja lepsza połówka Dorota , przyjaciółka Kinga  i ja.
W zasadzie nie wiedzieliśmy o nich nic. Z całej gromady znaliśmy tylko Zdzicha, z którego opowieści wynikało, że reszta spotykała się już na szlaku niejednokrotnie. Mimowolnie ustawiliśmy się więc w roli gości zaproszonych do zżytego już grona i z ciekawością – żeby nie powiedzieć obawą - czekaliśmy jak to się wszystko potoczy.  
Już pierwsze minuty pokazały, że to ludzie z innej planety. Kosmici, dla których liczą się sprawy obce ziemianom. Powszechne w naszym świecie egocentryzm i arogancja nie przyleciały razem z nimi. Pozerstwo i silenie się na oryginalność jest im tak dalekie jak dla nas życie na Marsie. Wystarczyło wymienić kilka zdań, by wiedzieć, że dla nich wędrowanie to wspólnota. Wyczuć się dało, że równie usilnie jak my szukają szlaków, gdzie liczy się braterstwo drogi i wspólne przeżywanie wszystkiego, co ze sobą niesie. Poczucie humoru i dystans do siebie jest normą, nie wyjątkiem. Takie były nasze pierwsze wrażenia, które w miarę pokonywanych kilometrów przeradzały się powoli w pewność. Po godzinie jazdy w takiej komitywie wydało mi się jakbym i ja znalazł się na innej planecie. Stara, smutna i szara Ziemia zostawała za tylną szybą autobusu, a nowa – nieznana i kolorowa planeta  – wyłaniała się zza horyzontu przed nami. Orbita Czarnohory z każdą minutą wciągała mnie coraz bardziej. Lepszego początku wyprawy nie mogłem się spodziewać.
 
Kosmici z planety Czarnohora
fot. Ewa
 

piątek, 15 grudnia 2017

Mogielica. Kronika




 
 
Sezon wędrówkowy 2017 jeszcze dobrze się nie zaczął, a już miałem w nogach ładnych kilkadziesiąt kilometrów górskich ścieżek. Zwykle rozpoczynam szlakowydeptywanie mniej więcej od połowy lub nawet końca kwietnia, ale ten rok miał być wyjątkowy i trzeba mi było zacząć znacznie wcześniej. Jeszcze przed nadejściem lata chciałem spełnić swoje marzenie i przedreptać cały Główny Szlak Beskidzki w jednej wyprawie. Ażeby przygotować się do tego należycie, trzeba było otrząsnąć się ze snu zimowego jeszcze w marcu, co dla tak ciepłolubnego niedźwiedzia jak ja wcale nie było łatwe. Zwłaszcza, że wiosna tego roku miała okazać się wyjątkowo niełaskawa, przynajmniej jeśli chodzi o aurę. Pierwszym etapem przygotowań była marcowa i zimowa - jak niestety się okazało – eskapada w ostępy Worka Raczańskiego. Co prawda piękno tego zakątka Beskidów zbladło mi nieco pod wpływem zimna, a głównego celu - Wielkiej Raczy (1236 m) - nie udało sie osiągnąć, ale za to inne założenia sprawdziły się co do joty. Przede wszystkim raczańskie szlaki miały obnażyć moje słabości i zrobiły to znakomicie. Wiedziałem już co powinienem zrobić żeby mieć szanse na długich dystansach. Po drugie chcieliśmy z Pawłem Od Gór dotrzeć się przed czekającym nas wyzwaniem na czerwonym i to też chyba się udało. Przynajmniej stało się jasne, że nie przeszkadzamy sobie wzajemnie w wędrowaniu. Poza tym wiedzieliśmy czego możemy się po sobie spodziewać i że oboje to akceptujemy, a to już połowa sukcesu. Przynajmniej takie wrażenie odniosłem ja, ale kto wie, może to wcale nie było tak oczywiste.

LINK DO KRONIKI "WOREK RACZAŃSKI"



Paweł Od Gór na Stumorgowej Polanie
fot. Autor

Wycieczka na Mogielicę (1170 m) miała być ostatnim sprawdzianem przed GSB 2017.  Testem niezbyt wymagającym, bo przecież trasy w masywie tej kulminacji nie są zbyt trudne. Chodziło raczej o nabranie – jak to się teraz mówi – pozytywnej energii i dobrych emocji przed najtrudniejszym chyba zadaniem w całym dotychczasowym wędrowaniu. Chcieliśmy nabrać rozpędu, żeby dwa tygodnie później łatwiej było wystartować po swoje. Coś jak ostatni sparing przed piłkarskimi mistrzostwami, na który wybiera się raczej łatwiejszego przeciwnika, żeby utwierdzić się w przekonaniu o własnej sile.
Poza tym dla mnie miał to być także pierwszy sprawdzian „nowego wędrowania”. Sprawdzian tych zmian które wprowadziłem po wypadzie do Worka Raczańskiego. Nazbierało się tego trochę i nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć jak to jest. Jak to jest chodzić z kijami w taki sposób, żeby nie zabić przy tym siebie ani nikogo innego. Jak to jest chodzić bez lustrzanki w ręku i robić kiepskiej jakości zdjęcia telefonem, na którego ekranie nie widać prawie nic. Wreszcie jak to jest chodzić w nowych butach z podeszwą dopasowująca się ponoć idealnie do stopy, posiadających podobno taką wielorakość różnych systemów i funkcji, że ich nazw nie byłem stanie nawet wymówić, nie mówiąc już o zrozumieniu. No, ale po kolei.

"Nowe wędrowanie" z kijami
fot. Paweł Od Gór


czwartek, 16 listopada 2017

Wielka Racza



 
 

Kiedy kończyłem marcową rundę po szlakach Raczańskiego Worka nie docierając do jego najwyższej kulminacji obiecałem sobie, że wrócę tu jeszcze zanim skończy się sezon. Wybiorę tylko czas bardziej przewidywalny pogodowo, aby tym razem nie oglądać sinych od wilgoci chmur i śniegowej brei osuwającej się spod nóg. Nie tylko chciałem dokończyć marcowe dzieło, czyli wejść w końcu na Wielką Raczę (1236m). Przede wszystkim chciałem poznać ten zakątek gór od bardziej przyjaznej, cieplejszej strony. Wędrując wczesną wiosną, zwłaszcza taką jak w tym roku, zimną, śnieżną i wilgotną nie byłem w stanie w pełni docenić jego zalet. Najwyraźniej pogodowe niedostatki nie pozwalają mi cieszyć się górami tak jak bym tego chciał. Zdołałem jednak dostrzec, że góry te warte są bliższych oględzin w bardziej sprzyjających warunkach.
Zwłaszcza, że kiedy sięgnąłem do pamięci i spojrzałem na mapy, to przekonałem się, że jest to ostatni fragment Beskidu Żywieckiego do którego jeszcze nie zaglądałem. Czas wypełnić tę lukę.


Roztoka - Przegibek - Wielka Racza - Roztoka
Źródło: Wydawnictwo Compass

Okazja do tego pojawiła się dosyć szybko. Jedna z moich pociech załapała się na kolonię letnią w leżącym u podnóża Wielkiej Raczy Zwardoniu. Kiedy okazało się, że można by ją było odwiedzić, niecne zamiary zaczęły powoli kiełkować. Jasny i przejrzysty plan zrodził się natomiast w momencie, kiedy wyszło na jaw, że i nocleg na rodzinnej działce u znajomych się znajdzie i wesoła kompania na cały weekend też.
Nawet nie przeszkadzało nam, że towarzystwo postanowiło nie wychodzić w góry. Dołączymy do nich po zejściu z Raczy w piątkowy wieczór, zaszyjemy się w dolince i spędzimy cały weekend na kontemplacji ulotnego czaru podarowanej przez los chwili spokoju i piękna otaczającego świata, z perspektywy nic nie robienia przy biesiadnym ognisku. Wstyd się przyznać, że odwiedziny u dziecka to w zasadzie tylko pretekst.
Wobec takich widoków wędrówka górska wydała się jeszcze bardziej atrakcyjna. I może nawet lepiej że pójdziemy sami. Już od wieków nie wędrowaliśmy z moją lepszą połówką samotnie. Przeważnie chodzę sam, a jeśli już razem to rodzinnie, z dziećmi. Ostatni przypadek kiedy nie było z nami nikogo przydarzył się w maju 2012 roku, kiedy to zaczynaliśmy pokonywanie Głównego Szlaku Beskidzkiego.  Doszliśmy wtedy z Ustronia do Korbielowa w pięknej pięciodniowej wędrówce.

 
Najdogodniejszym punktem wyjścia na Wielką Raczę jest parking w dolinie Rycerki kilkaset metrów powyżej osiedla Roztoka, w pobliżu leśniczówki „Pod Raczą”. Oczywiście mam na myśli nie tylko turystów zmotoryzowanych, ale też zdających się na busy. Z tego co zauważyłem dojeżdżają tutaj głównie z Żywca (kierunek Rycerka – Kolonia) średnio co półtorej godziny, prawie przez cały tydzień. Niechlubny wyjątek stanowi niedziela. Najwyraźniej miejscowi włodarze uznali, że nie jest to dobry dzień na górskie wycieczki, a i miejscowi nie powinni ruszać się wtedy z domów bez aut, bo na rozkładzie nie ma ani jednego kursu. Czy wykaże się naiwnością jeśli stwierdzę, że może gdyby był, turyści bez aut mieliby szanse częściej tutaj zaglądać i zostawać na cały weekend, nie tylko do soboty? A może turystów bez aut już nie ma?
Z parkingu można wyjść do schroniska na szczycie żółtym szlakiem w dwie godziny i zejść tą samą drogą w godzinę. I taki wariant najczęściej wybierany jest przez bardziej leniwych spacerowiczów. Ponieważ do takich czasami nie należymy wybraliśmy inną, znacznie ciekawszą opcję. Koniecznie chciałem dokończyć przerwaną złymi warunkami pogodowymi wędrówkę z marca tego roku i obejść najbardziej wysuniętą na południe część granicznego grzbietu między Przegibkiem i Raczą. O dojściu tym samym grzbietem do Zwardonia nie mogło być już mowy, bo jakoś trzeba było wrócić po samochód. Ale to w zupełności wystarczy, żeby zrekompensować ostatnie niepowodzenie. Najpierw więc zahaczymy o schronisko na Przegibku, a dopiero stamtąd  skierujemy się w stronę Wielkiej Raczy.
Na starcie zameldowaliśmy się kilka minut po ósmej, po ponad dwugodzinnej jeździe z małą przerwą na kawę w Żywcu. Przy parkingu oprócz dużej wiaty biesiadnej z miejscem na ognisko moją uwagę przyciąga niespodziewany dowód najwyraźniej częstej obecności w tym miejscu największego górskiego zbójnika i łasucha. Stalowe pudło przypominające bardziej kasę pancerną niż śmietnik. Szczelnie zamykane na solidną klapę, przemyślnie skonstruowaną tak, aby nie mogła jej otworzyć mniej dokładna w swych poczynaniach od ludzkiej, niedźwiedzia łapa. Dla nas to ciekawostka, bo jeszcze takiego wynalazku na swoich ścieżkach nie widzieliśmy.
Antymisiowy śmietnik
fot. Autor

piątek, 3 listopada 2017

Po co komu bacówki PTTK




Bacówka na Maciejowej
fot. Autor

W latach siedemdziesiątych XX wieku turystyka beskidzka przeżywała prawdziwy rozkwit. Współcześni menadżerowie określili by takie zjawisko mianem boomu, bo na szlakach robiło się momentami naprawdę tłoczno. Jednak ten fenomen miał ówcześnie zupełnie inne motywy niż ekonomiczne, czy choćby kulturoznawcze. W góry wyruszali prawie wszyscy, nawet ci, którzy nie mieli do tego ani specjalnych predyspozycji, ani nawet chęci. Obok prawdziwych łazików pojawiły się w górach grupy ludzi przypadkowych, wyciągniętych z domów obowiązkiem uczestnictwa w masowej imprezie, do jakiej ówczesne władze chciały wszelkie przejawy życia społecznego sprowadzić. Ludzie jednoczyć się mieli w socjalistycznej wspólnocie, wokół wspólnych, jedynie słusznych idei, a turystyka górska nadawała się do tego znakomicie.  Organizowano więc masowe wyjazdy w góry, finansowane z budżetów komitetów partyjnych, budżetów socjalnych zakładów pracy lub komitetów rodzicielskich szkół, czego implikacją było pojawienie się na górskich szlakach dużych grup zorganizowanych. A że ludzie lubią się bawić – zwłaszcza za pół darmo – grup takich namnożyło się sporo.
Oczywiście wycieczki grupowe wędrowały beskidzkimi ścieżkami od dawna, ale w tamtych latach ich skala była wyjątkowa. Jeszcze nigdy w górach nie pojawiło się tylu wędrowców. Wystarczy przyjrzeć się - choćby pobieżnie - statystykom COTG, żeby docenić rozmiary ówczesnego ruchu turystycznego. W roku osiemdziesiątym ubiegłego wieku wydano o 22 tysiące więcej odznak GOT niż dziesięć lat wcześniej, co przekładało się w praktyce na podwojenie ilości turystów. Przez całą dekadę wydano ponad 400 tysięcy odznak, a w samym tylko roku 1980 aż 49081. Co okazało się jak dotąd rekordem nie pobitym.
A znaczny w tym udział właśnie turystyki grupowej. Gdyby nie liczyć ideologicznych pobudek organizacji wielu ówczesnych wycieczek trzeba by stwierdzić, że przynosiły one sporo korzyści całej górskiej turystyce. W górach pojawili się ludzie, którzy w innych okolicznościach pewnie by tam nie trafili. Nie jeden został zaszczepiony górami w czasie takich właśnie grupowych wypadów co przekładało się w następstwie na zwiększenie ruchu indywidualnego.  Sam zacząłem poznawać góry dzięki rajdom turystycznym organizowanym przez PTTK dla grup szkolnych, z tym że były to już późne lata osiemdziesiąte i czasy zupełnie inne ideologicznie.


Rajd turystyczny im. Węgrzynowicza. Rok 1988 lub 1989. Autor bloga drugi z lewej.
Autor zdjęcia nieznany


Ale były też wymierne następstwa ekonomiczne hossy lat siedemdziesiątych. Ci, którzy wtedy prowadzili schroniska wspominają ten okres z rozrzewnieniem. Problem obłożenia łóżek, a co za tym idzie finansowy, w zasadzie nie istniał. Zawsze pojawiła się na horyzoncie jakaś grupa zorganizowana, która w razie niedostatku turystów indywidualnych ratowała sytuację.
 Z czasem jednak turystyka grupowa zaczęła dominować. W schroniskach robiło się coraz tłoczniej, a ich gospodarze motywowani względami ekonomicznymi  zaczęli faworyzować grupy. Momentami schroniska stawały się swoistymi hotelami wycieczkowymi spychającymi indywidualnego turystę na boczny szlak. Skrajnym przykładem planowego nastawienia na obsługę turystyki grupowej było wybudowanie schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą – choć nazwanie go schroniskiem uznać trzeba za poważne nadużycie. Trzypiętrowy hotel oddano do użytku w 1979 roku z nadzieją na stworzenie ośrodka dla wycieczek ze śląskich zakładów przemysłowych.


Hotel na Przysłopie pod Barania Górą
fot. D.Patraj


KRONIKA WĘDRÓWKI PRZEZ PRZYSŁOP


Z tego co w czasie swoich wędrówek zdążyłem zauważyć i podsłuchać,  podobne motywacje nie są  obce także dzisiejszym gospodarzom schronisk. Klient „grupowy” zawsze będzie dla nich łakomym kąskiem, jako pewniejszy i bardziej dochodowy. Ci którzy mają możliwości i mocniejsze motywacje ekonomiczne orientują swoje działania, aby takiego właśnie klienta przyciągnąć. Kiedy ostatnio (kwiecień 2017) nocowałem w Bacówce pod Honem w Cisnej byłem świadkiem gruntownego remontu, łącznie ze zdzieraniem starych lakierów ze ścian. Wszystko po to żeby uzyskać niezbędne pozwolenia na przyjmowanie w obiekcie "zielonych szkół". Aby to osiągnąć gospodarz zdecydował się nawet zrezygnować z podawania w bufecie piwa, które przecież w takich miejscach jest jedną z kluczowych pozycji przynoszących dochód. W czasie tej samej eskapady nie przyjęto mnie na nocleg w Zajeździe PTTK w Rytrze tłumacząc, że wszystkie miejsca są zajęte przez dzieci na zielonej szkole. Grupy zorganizowane są jak widać także dzisiaj najlepszym sposobem na przetrwanie.
I paradoksalnie, w takim właśnie przedsiębiorczym sposobie rozumowania najemców schronisk należy dopatrywać się jednej z zasadniczych przyczyn powstania górskich „bacówek”.  Kiedy schroniska naruszały bądź modyfikowały swoje regulaminy bacówki miały stanowić przeciwwagę.


piątek, 20 października 2017

Worek Raczański cz.2 - Kronika





Krawców Wierch - Soblówka

Piątek chciał chyba odpokutować czwartkowe winy i złagodzić moją opinię o marcowym wędrowaniu. Obudził nas bezchmurnym niebem i krystalicznie przejrzystym powietrzem. Tylko temperatura za nic nie chciała podporządkować się moim potrzebom i rozsiadła się leniwie w okolicy zera, niechętnie i bardzo powoli podnosząc się w ciągu dnia zaledwie o dziesięć stopni. Wychodząc z bacówki podchodzimy jeszcze raz po zmarzniętym śniegu na wyższy skraj Hali Krawcula by obejrzeć rozpościerająca się stamtąd panoramę. Wszędzie jak okiem sięgnąć pagóry zabielone śniegiem. Wiosny nie widać, choć mocno operujące słońce zapowiada, że postara się uprzyjemnić dzisiejsze wędrowanie całą swoją mocą.

Bacówka o poranku
fot. Autor
Wczorajsze wygrzewanie przy kominku zaowocowało kolejną zmianą pierwotnych planów wędrówki. Z początku myśleliśmy o przejściu z Krawców Wierchu na Rycerzową (1226 m) szlakiem niebieskim, prowadzącym grzbietem granicznym przez Przełęcz Glinkę, Jaworzynę (1052 m), Oszusta (1155 m) i dalej czerwonym do schroniska pod Przełęczą Przegibek. W sumie około 25 kilometrów ze sporą ilością przewyższeń i obniżeń. Jednak gospodarze schroniska zarekomendowali inny, jak się okazało znacznie ciekawszy wariant. Niebieski ciągnie prawie na całej długości wysokim, mocno zalesionym grzbietem, ani widokowo, ani krajoznawczo nie oferując zbyt wiele. W zasadzie tylko las i połykanie kilometrów. O wiele bardziej urozmaiconym i krajobrazowo atrakcyjnym rozwiązaniem jest zejście szlakiem żółtym do Glinki, następnie przeskoczenie grzbietem Brejówki (743 m) do Soblówki i dalej do Bacówki na Rycerzowej. Trasa krótsza (ok. 19 km), ale oferująca panoramiczne widoki zarówno na grzbiet graniczny na południu, na pasmo Muncuła na zachodzie, jak i na grzbiet Lipowskiego i Rysianki na północy, który pokonywaliśmy wczoraj. Tylko w drugiej części podchodzi zalesionym stokiem Wiertalówki (1062 m) by zamiast dookólnych widoków pokazać majestat górnoreglowego boru świerkowego. Wobec takiej alternatywy wędrowanie niebieskim wzdłuż granicy wydaje się nielogiczne, no chyba że ktoś chce zaliczyć ten odcinek do statystyk.

Około 8:30 zaczynamy zejście. Najpierw poruszamy się po śniegu co nie wprawia mnie w euforię, lecz już po kilkuset metrach sytuacja zmienia się po mojej myśli. Śnieg szybko zanika i dreptanie znowu dostarcza przyjemności kontaktu ze stałym podłożem. Zaczynam bardziej optymistycznie patrzeć na nadchodzące godziny, choć do pełni szczęścia brakuje jeszcze kilku stopni Celsjusza.
Po około pół godzinie marszu gęstym borem świerkowym zaczynają pojawiać się polany z widokami, zrazu na północ i południe. Najpierw z niezarośniętej jeszcze części polany Piekanka obserwuję południowe stoki grzbietu Lipowskiego Wierchu, od Zapolanki na zachodzie, aż po kulminację Rysianki na wschodzie.





Redykalny i Lipowki widziany spod Glinki (929 m)
fot. Autor