czwartek, 3 marca 2016

Szlakiem przez czas



Wędrując po górskich szlakach niezbyt często zastanawiamy się nad ich historią. Średnio interesuje nas skąd się wzięły. Po prostu są i najważniejsze, że mamy po czym dreptać. Dopiero po czasie przychodzi refleksja, że te kolorowe znaczki na drzewach raczej nie istnieją od wczoraj i pewnie niejedno mogłyby nam opowiedzieć. Artykulik ten jest efektem takich właśnie przemyśleń po przypadkowym spotkaniu pod Turbaczem, człowieka z farbą i pędzlem zamiast plecaka.

Polskie organizacje turystyczne, działają w polskich Karpatach od 1873 roku. Najpierw  Towarzystwo Tatrzańskie, potem Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, a obecne Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze, jako jedną ze swych podstawowych misji, ujętych w obowiązkach statutowych, przyjmowały znakowanie nowych, oraz utrzymywanie wyznakowanych już szlaków. Uznały to za warunek podstawowy i niezbędny do rozwoju turystyki w polskich górach. Pierwsi działacze turystyczni skupiali swoje wysiłki rzecz jasna w rejonie Tatr, a jednak to nie tutaj zaczyna się historia polskich szlaków. Pionierskie w tym względzie okazały się Beskidy Wschodnie. Za pierwszy w Polsce szlak turystyczny wytyczony w terenie uznaje się drogę wyznaczoną przez Henryka Hoffbauera i Konstantego Siwickiego, działaczy kołomyjskiego Oddziału Towarzystwa Tatarzańskiego w 1880 roku, na dojściu do pierwszego wschodniobeskidzkiego schroniska na połoninie Gadżyna, pod Szpyciami (1864 m) w Czarnohorze[1]. Z informacji archiwalnych wiadomo, że szlak taki powstał, natomiast nie określono w jaki sposób został wyznaczony. Można tylko przypuszczać, że na ówczesną modłę oznaczono go drogowskazami.
Pierwsza wyznakowana droga turystyczna, gdzieś pomiędzy osiedlem Bystrzec a Połoniną Gadżyna w paśmie Czarnohory

Źródło: Mapa WIG, arkusz Żabie, pas 56 słup 39, Warszawa 1933.
 
 
W cztery lata później (1884 rok) Leopold Wajgel (1842 – 1906)[2]  wybitny działacz turystyczny , prawdziwy pionier turystyki polskiej, założyciel Oddziału TT w Kołomyi, pedagog i redaktor pierwszego w Polsce czasopisma turystycznego „Turysta”- miedzy osiedlem Żabie, Howerlą, Popem Iwanem i Zełenem wyznakował 56 drogowskazami przejście przez szczytowe partie Czarnohory. Szlak ten, jak zresztą większość wytyczanych pierwotnie ścieżek w Beskidach Wschodnich, oznaczony był właśnie drogowskazami, na których napisy informowały po polsku i ukraińsku. Tabliczki informacyjne z nazwami umieszczono też w tamtym czasie na wszystkich czarnohorskich szczytach, dla poprawy orientacji w tym rozległym i obfitującym z kulminacje terenie. Za pierwszą polską trasę wytyczoną znakami malowanymi na obiektach terenowych, uznaje się ścieżkę z Zakopanego przez Polanę Waksmundzką do Morskiego Oka, oznaczoną w 1887 roku przez współzałożyciela Towarzystwa Tatrzańskiego Walerego Eliasza – Radzikowskiego (1840 – 1905) – malarza, rysownika, a także autora „Przewodnika do Tatr i Pienin” wydanego w Krakowie w 1870 roku. Pierwszy w Beskidach Wschodnich szlak znakowany cynobrem, malowany na obiektach terenowych powstał w roku 1900 i prowadził z Worochty przez Kukul i Koźmieską do schroniska na Zaroślaku, pod Howerlą. W tym samym roku wymalowane zostają także szlaki na Jawornik i Gorgan z Jaremcza i z Mikuliczyna. Co najciekawsze z Mikuliczyna poprowadzono też pierwsze polskie szlaki z użyciem kolorów innych niż czerwony - na Czarnohorzec pomarańczowy i Makowicę niebieski. Miało to miejsce również w 1900 roku[3]. 
 
Howerla (2061 m).Tutaj w 1884 roku pojawiły się pierwsze szczytowe ścieżki znakowane w Beskidach.

Źródło: Wikimedia Commons. Autor: Grb at cs.wikipedia. Licencja: CC BY-SA 3.0

W Beskidach Zachodnich prekursorami znaczenia ścieżek turystycznych byli Niemcy, skupieni wokół rodzimej organizacji pod nazwą Beskidenverein In Belitz - Związek Beskidzki w Bielsku. W 1893 roku wyznakowali oni trzy pierwsze szlaki śląskie prowadzące z Bielska na Klimczok, Szyndzielnie i Błotny[4]. Do 1918 roku działacze Beskidenverein wyznaczyli ok. 300 km tras turystycznych na terenach należących do Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. To właśnie Beskideverein jako pierwszy wprowadził oznakowanie w postaci kolorowego paska na białym tle, które potem stało się inspiracją do stworzenia polskiego systemu znakarskiego. Zatem wiele szlaków znakowanych, a także spora część infrastruktury turystycznej w zachodniej części Beskidów – czy to się komuś podoba czy nie – jest materialnym dziedzictwem pozostawionym nam przez społeczność niemiecką. Dziedzictwem w tych przypadkach jedynie adaptowanym do naszych potrzeb.

czwartek, 25 lutego 2016

Korbielów - Krościenko cz.1 - Kronika












Korbielów - Jaworzyna
Clik na mapę + F11 Pełny ekran, Ctrl +/- zmiana rozmiaru, CTRL 0 rozmiar 100%



 
Wśród atrakcji, jakie oferuje nam życie, na eksponowanym miejscu znajduje się nieprzewidywalność jutra. W zasadzie wszystkie zamierzenia i plany należy traktować jako domniemanie, a najlepiej jak niesprawdzoną teorię, dopóki nie zostaną zweryfikowane przez czas. W naszym przypadku, plan wspólnego (ja + moja lepsza połówka) pokonywania w każdym sezonie pięciodniowego fragmentu Głównego Szlaku Beskidzkiego został zweryfikowany już na drugim etapie. Diabeł zakręcił ogonem i kalendarzem tak, że w roku 2013 na trasę czerwonego nie zameldowaliśmy się w ogóle. Zaś w następnym nasza drużyna, choć jakże mała, musiała zostać okrojona jeszcze o połowę. W ten sposób dołączyłem do grona samotników przemierzających beskidzkie szlaki, walczących nie tylko ze zmęczeniem, ale także z samotnością. Musiałem nauczyć się chodzenia po górach od nowa. Dawniej co prawda zdarzały mi się samotnicze wędrówki, ale zawsze były to jednodniówki. Poza tym, do dobrobytu człowiek się przyzwyczaja i kiedy go zabraknie, mija trochę czasu zanim odwyknie. Teraz musiałem zmienić nieco podejście do samego wędrowania.
Po pierwsze, kiedy chodzę sam, zazwyczaj poruszam się szybciej. Możliwość narzucenia własnego tempa, mniejszy bagaż na plecach, a nade wszystko świadomość, że jestem zdany wyłącznie na siebie, powodują najwyraźniej, że przyspieszam kroku. Postanowiłem więc wydłużyć  dzienne etapy marszu, aby w  pełni wykorzystać siły i długie majowe dni. Pierwszy z nich zaplanowałem na ok. 30 km miedzy Korbielowem a Markowymi Szczawinami i zająć miał ok. 10 godzin.
Po drugie zaś, okazało się, że muszę przyswoić sobie sztukę konwersacji ze samym sobą. Tak jest. Ci co teraz uśmiechają się pod nosem niech spróbują nie odezwać się słowem przez choćby jeden dzień. Taka harcerska próba milczenia. Jeśli przez ten czas będą odizolowani od innych, małe szanse, że w końcu nie zaczną do siebie gadać.  Wędrowanie w czas majowy ma jedną zasadniczą zaletę. W środku tygodnia na szlakach spotyka się niewielu piechurów. Okazji do pogawędek prawie nie ma. A że jest co opowiadać…

Sztuka autoportretu - efekt samotnego wędrowania.
fot. Autor


Wiąże się to z zabawną sytuacją, jaka miała miejsce pierwszego dnia wędrówki. Zacznijmy jednak od początku. Wyruszyłem w poniedziałek 19 maja ok. godziny 9:00 z Korbielowa. Najkrócej do czerwonego można stamtąd dotrzeć żółtą ścieżką na wschód, w kierunku Przełęczy pod Beskidem Krzyżowskim (854 m). Ja jednak musiałem rozpocząć przemierzanie czerwonego w punkcie, w  którym go opuściłem poprzednio, a więc od Schroniska Na Hali Miziowej. Szlak żółty poprowadził mnie zatem na przeciwległe stoki doliny Glinnego i już po dwóch godzinach przywiódł na Halę Miziową. Tempo miałem dosyć dobre, być może dlatego, że uskrzydliła mnie pewna spadająca znienacka kłoda świerkowa, zerwana ze smyka górala, próbującego ściągnąć ją po stromiźnie Szlakówki (1098 m). Jakąś cudowną zwinnością, której na co dzień nie wykazuję, uniknąłem zmiażdżenia chowając się za dorodnego buka, który oberwał zamiast mnie.  Góral, zapewne w ramach rekompensaty za zszarganie nerwów, skarcił niesforną kłodę słowami na c, p, oraz k, po czym zapytał uprzejmie o moje wędrowne plany i obdarzył krótką opowiastką jak to On na Miziową drzewiej chadzał. Oddalił się jednak dosyć szybko, pobrzękując aluminiowymi puszkami w foliowej reklamówce. Sądząc po brzmieniu, niektóre z nich wydawały się puste…
Adrenalina zrobiła swoje i ani się obejrzałem byłem już na Miziowej.  Chwila namysłu i rezygnacja z wyjścia na szczyt Pilska (1557 m). Główny Beskidzki nie prowadzi na górę, lecz obchodzi wierzchołek od południa i wschodu. Zapewne po to, żeby sprowadzać ludzi do schroniska. Może chodzi też o  jakieś przepisy graniczne. Nie wiem. Kiedyś już byłem na Pilsku, a plany na dzisiaj duże. Przede mną jakieś 8 godzin marszu – siły i czas przydadzą się później.

Hala Miziowa - widok na Babią
fot. Autor


czwartek, 18 lutego 2016

Polany reglowe


Gdyby nie liczyć połonin bieszczadzkich, cały krajobraz beskidzki poniżej 1400 m wysokości powinien zajmować las. I tak też było na początku, zanim osiedlili się tutaj ludzie. Cały ten olbrzymi obszar porastała pierwotna puszcza karpacka i tylko niewielkie skrawki w postaci wiatrołomów, osuwisk skalnych czy też wypaleń po naturalnych pożarach wpuszczały do tych mrocznych ostępów nieco więcej światła. Gdyby nie człowiek, który postanowił zaprzęgnąć te góry do swojej gospodarki, jedynymi otwartymi przestrzeniami w Beskidach byłyby hale alpejskie Czarnohory , Gorganów i Babiej Góry, oraz wspomniane już połoniny. Łąki i polany pojawiły się tutaj jako efekt zapotrzebowania na pastwiska i tereny uprawne, których pierwsi osadnicy pragnęli tak samo pilnie jak powietrza i wody. Następne ich pokolenia rozwijały sposoby gospodarowania w górach, czyniąc pastwiska jednym z głównych elementów tutejszej ekonomii, warunkującym przetrwanie w tych trudnym środowisku terenowym i klimatycznych.
Fenomenem jest to, że polany górskie z całym swoim pasterskim zagospodarowaniem, mimo że są tworem sztucznym, stanowią dla nas – współczesnych – tak oczywisty i  spójny element krajobrazu górskiego jakby stworzyła je sama natura, a nie człowiek. Przez setki lat służenia bacom tak umiejętnie wkomponowały się okoliczne lasy, że dziś już trudno wyobrazić sobie ich brak. Mało tego - są chyba jedynym dziełem człowieka, o którym można powiedzieć, że przysłużył się górskiemu pejzażowi. Stanowią dla dzisiejszych turystów niemałą atrakcję, urozmaicając monotonię wędrówki przez rozległe obszary leśne, stając się znakomitymi punktami orientacyjnymi, a często także docelowymi. Z ich zboczy podziwiać można niejednokrotnie rozległe panoramy sąsiednich grzbietów, a nawet całych pasm górskich, co przecież jest nieodzownym elementem atrakcyjności górskiego wędrowania. To właśnie te widoki są źródłem największych zachwytów i najlepszą motywacją do dalszej wędrówki. Gdyby nie było polan, bylibyśmy ich pozbawieni na olbrzymich obszarach.



Hala Młyńska z rozległą panoramą na wschód.
W głębi pasmo Lubania.

fot. Autor

piątek, 12 lutego 2016

Pasterze i rabusie - Bojkowie cz.2




Poszczególne grupy etnograficzne zamieszkujące obszary beskidzkie wypracowywały niezależne sposoby gospodarowania, mimo niewątpliwie wielu cech wspólnych, łączących ich na tej płaszczyźnie. Każda z nich jakby nie bacząc na swoich sąsiadów i wspólne z nimi pochodzenie, osiedlając się w górach  modyfikowała wzorce zaczerpnięte w tym zakresie z tradycji, dostosowując je przede wszystkim do zastanych warunków środowiskowych, ale również upodobań odziedziczonych po przodkach. Bardzo dobrze widać to na przykładzie trzech grup kulturowych gospodarujących w Beskidach Wschodnich i Środkowych: Hucułów, Bojków i Łemków. Wszystkie wywodzą się ze wspólnych źródeł kulturowych i stanowią połączenie cech żywiołów Ruskiego i Wołoskiego, które zetknęły się ze sobą właśnie tu, w Karpatach, gdzieś w połowie ubiegłego tysiąclecia lub nawet nieco wcześniej. Wszystkie więc mają jednakie pochodzenie i tworzyły się mniej więcej w tym samym czasie. Wszystkie dziedziczyły te same sposoby na przetrwanie, jednak w konsekwencji rozwinęły się nieco inaczej i nieco inne elementy gospodarki ważyły o ich losie. Łemkowie stawiali najmocniej na rolnictwo i rzemiosło. Początkowo czerpali też znaczne korzyści z gospodarki drzewnej,  natomiast pasterstwo było jedynie zajęciem dodatkowym. U Hucułów dominujące znaczenie miały pasterstwo i eksploatacja lasu, choć rolnictwo także stanowiło istotny dodatek do całości gospodarki, która tutaj wydawała się najlepiej wyważona ze wszystkich. Niejako zwieńczeniem jej oryginalności była hodowla konia huculskiego, gdzie indziej pierwotnie niespotykana. Bojkowie natomiast także postawili na pasterstwo, lecz u nich z kolei niecodzienny – jak na warunki Beskidzkie – okazał się jego przedmiot: wół, który prawie całkowicie zdominował gospodarowanie w Bieszczadach.


Zasięg osadnictwa Bojków.
Oprac. Autor
 

Takie gospodarcze zróżnicowanie świadczy o kilku zasadniczych uwarunkowaniach, rządzących historycznymi procesami kulturotwórczymi w tej części Karpat. Po pierwsze, w warunkach ograniczonych możliwości komunikacyjnych pomiędzy poszczególnymi społecznościami, trudnodostępne pasma górskie stanowiły nie tylko granice terytorialne danej kultury, ale również, jak się wydaje, jeśli nie izolowały, to przynajmniej filtrowały gospodarcze wpływy kultur sąsiednich. Przynajmniej takie można by odnieść wrażenie patrząc na różne ścieżki rozwoju tych trzech Karpackich grup kulturowych. Rozwijały się one niezależnie, dopracowując się własnych, często oryginalnych metod gospodarczych. Wygląda to tak jakby niechętnie podglądano sąsiadów, starając się przede wszystkim dbać o własną niezależność i oryginalność. Jedynie elementy wniesione do gospodarki przez Wołochów wydają się jednakowe bądź podobne (niektóre narzędzia, metody wypasu itp.), reszta zaś pozostaje odrębna, modyfikując w zależności od warunków środowiskowych.
W tym miejscu zasadne staje się pytanie: w jakim stopniu góry (warunki środowiska górskiego) wpływały na odrębność gospodarczą społeczności tu żyjących? Czy rzeczywiście aż tak bardzo dzieliły?

piątek, 29 stycznia 2016

Ustroń - Korbielów. Kronika



MAPKA USTROŃ - PRZYSŁOP

MAPKA PRZYSŁOP - KORBIELÓW

Pomysł na wędrówkę zasadniczo był prosty. Rozpocząć pokonywanie Głównego Szlaku Beskidzkiego od strony zachodniej (w Ustroniu, zgodnie z chronologią jego wyznakowania) i w ciągu tygodnia przejść bliżej nieokreślony dystans. Hasło przewodnie brzmiało: „BEZ POŚPIECHU”.
Przyjęcie takiego założenia podyktowane było kilkoma względami. Przede wszystkim nie dawał spokoju stan naszej kondycji. Życie mieszczucha przemieszczającego się wyłącznie samochodem rozmiękczyło przez ostatnie pół roku mnie i moją lepszą połówkę zupełnie. Pojedyncze wypady w góry były tylko krótkimi przerywnikami w leniwej rozpuście, jaka nas w tym czasie dopadła. Przejście czerwonego miało być przełamaniem, nowym początkiem i powrotem do dobrych nawyków. Zbytni pośpiech mógłby nas zniechęcić. Poza tym była to nasza pierwsza od wielu lat wędrówka kilkudniowa i lekkie obawy, że porywamy się z motyką na słońce dały o sobie znać.
Postanowiliśmy więc – dla zaspokojenia naszej próżności – że wytłumaczeniem żółwiego tempa tej wędrówki będzie chęć pełnego nacieszenia się górami i spokojnego wchłaniania ich klimatu, bez spoglądania na zegarek i liczenia kilometrów. Tak też się stało.
Na starcie w Ustroniu zameldowaliśmy się tuż przed 11 rano, po około sześciogodzinnej podróży z Niepołomic via Kraków i Katowice. Pomyśleć, że w tym czasie moglibyśmy dolecieć na drugi koniec Europy. Nasze PKP apogeum świetności mają jednak dawno już za sobą, stąd przejazd około 90 kilometrów z Katowic do Ustronia trwa przeszło 3 godziny. Szybkie przeliczenie średniej prędkości pozbawiło jakichkolwiek złudzeń co do przyszłości naszych kolei. Polskie pociągi mogą konkurować jedynie z XVIII wiecznym dyliżansem. A może PKP stając frontem do klienta dostosowało się w ten sposób do hasła przewodniego naszej wędrówki?
Tak czy inaczej zdjęcie niepozornego szlakowskazu z biało-czerwonym kółkiem oznaczającym początek Głównego Szlaku Beskidzkiego, zapisało się - w pamięci aparatu i naszej - 20 maja 2012 r. o godzinie 10:49. Dla nas chwila wyjątkowa, bo wyznaczająca początek przygody i obietnicę wypełnienia jednego z ważniejszych dla nas górskich zamierzeń. Przejście najdłuższego w Polsce szlaku pieszego stało się od tego momentu priorytetem. Rękawica została rzucona.



Historia zaczęła się w Ustroniu.
fot. Autor


piątek, 22 stycznia 2016

Bór górnoreglowy - schyłek dominacji świerka.


Piętro regla górnego to zbiorowisko roślinności, którego w Beskidach szukać należy na wysokości powyżej 1150 m. Nie odnajdziemy go zatem w Beskidzie Niskim w ogóle, a w Beskidzie Śląskim zajmować będzie jedynie najwyższe partie grzbietowe pomiędzy Baranią Górą i Skrzycznem. O dziwo, na próżno przyjdzie nam go szukać również w Bieszczadach, gdzie lasy urywają się nagle na górnej granicy regla dolnego, a wyżej są już tylko rozległe murawy połonin o charakterze zbliżonym do piętra alpejskiego.


Gniazdo Tarnicy i Halicza.
Góry bez regla górnego. Las świerkowy ustąpił miejsca dolnoreglowej buczynie karpackiej.

fot. Autor

Najwyższy zasięg jego występowania znajduje się na cieplejszych, południowo – zachodnich krańcach Beskidów, na stokach góry Stoch (1653). (Co prawda Stocha zalicza się już do Gór Czywczyńskich, ale zamyka on od południa całe pasmo Beskidów stanowiąc zwornik między tymi dwoma grupami górskimi. To właśnie tutaj kończył się - lub zaczynał - przedwojenny Główny Szlak Karpacki). W tym rejonie regiel górny zajmuje stoki aż do wysokości ok. 1670 m n.p.m. W Czarnohorze  jego zasięg to od 1450 do 1560 m n.p.m[1]. Podobnie rzecz ma się w na grzbietach Babiej Góry i Pilska gdzie wysokość ta wyniesie ok 1400 m. Trzeba też pamiętać o ogólnej zasadzie, wspólnej dla całych Beskidów, że granica między reglem dolnym i górnym przebiega na stokach północnych znacznie niżej niż na południowych.
Babia Góra.
Świerki górnoreglowe docierają tu najwyżej w całych polskich Beskidach.

fot. Autor

piątek, 15 stycznia 2016

Pasterze i rabusie - Bojkowie cz.1


 Nawiązanie do tytułu jednego z dawnych polskich seriali historycznych nie jest tutaj sprawą przypadkową. Wszak jego akcja toczy się w wieku XVII, a więc w czasie kiedy społeczności beskidzkie okrzepły już na swych górskich rubieżach, gdzie z coraz większym zamiłowaniem łączyć zaczęły pasterstwo z rabowaniem. Bohaterowie filmu już w pierwszej scenie, przejeżdżając przez góry ostrzegają o konieczności trzymania szabli w pogotowiu, czyniąc aluzję do złodziejskich zwyczajów tam panujących. Nasza zaś opowieść snuje się wokół życia ludzi, którzy obok niezależności, silnej woli i determinacji przetrwania, musieli wykazywać się niekiedy również walecznością, sprytem, odwagą, ale także bezwzględnością. Tak więc większością cech przynależnym zarówno rycerzom, jak i rabusiom. Ludzi, którzy często grali podwójne role, jednocześnie prawych i honorowych obywateli, oraz zdolnych do niegodziwości zbójów. Ludzi, dla których pojęcia rycerskości i honoru miały swoje bardzo subiektywne znaczenie, niekoniecznie zbieżne z naszym pojmowaniem tych cech. Mowa tutaj o tych, którzy jednego dnia wypasali owce, kniaziowali lub nawet prowadzili nabożeństwa, aby nazajutrz grasować po gościńcach i górskich halach, rabując dla poratowania w biedzie, dla zemsty, z zawiści, bądź ze zwykłej chęci wzbogacenia. Jeśli spojrzeć na społeczność Bojkowską z odpowiedniego dystansu można dojść do przekonania, że w zasadniczej swej części dzieliło się właśnie na pasterzy i rabusi – zwłaszcza gdy księży uznamy za pasterzy dusz, a kniaziów za pasterzy ciał. Zastrzec tu jednak trzeba, że pasterze wyjątkowo zwinnie przeistaczali się w rabusiów, aby za chwilę równie szybko stać się z powrotem pasterzami.
Ktoś powie, że właściwie całe Beskidy roją się od zbójnickich opowieści, a zdobywanie łupów w górskim rabowaniu wcale nie było domeną Bojków. To oczywiście prawda. W poprzednich wiekach większość terenów górskich– z resztą nie tylko karpackich – zagrożonych było tym procederem i każdy kto planował przemierzyć górskie przełęcze musiał się z nim liczyć. Jednak wśród społeczności wschodniobeskidzkich zwraca uwagę powszechność tego zjawiska, a niekiedy nawet jego kult. Bojkowie z pewności byli wśród tych, którzy wydatnie przyczynili się do jego rozwoju.
 


Opracowanie autorskie.